Czy Europejski Mechanizm Stabilizacyjny zdoła przerwać łańcuszek katastrof europejskich outsiderów? Czyżby ministrowie finansów 27 krajów UE stworzyli lek będący rekonwalescencją finansową dla Grecji, Portugalii i Hiszpanii? Bez złudzeń. Widmo najpoważniejszego kryzysu w historii strefy euro jeszcze długo nie przestanie straszyć.
Dowodem determinacji UE w przeciwdziałaniu kryzysowi fiskalnemu jest bezprecedensowy i szokujący rozmachem pakiet ratunkowy, który może sięgnąć 750 mld euro w ciągu trzech lat. Na Europejski Mechanizm Stabilizacyjny składają się trzy elementy: 440 mld euro pożyczek i gwarancji kredytowych (udzielane krajom w potrzebie przez inne kraje strefy euro), 60 mld euro w formie pożyczek na rynkach kapitałowych od Komisji Europejskiej oraz wart 250 mld euro zastrzyk finansowy Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Aby utrzymać w ryzach rentowności obligacje państw o najwyższych deficytach budżetowych, Europejski Bank Centralny zdecydował się je skupywać w razie konieczności na rynku wtórnym. - Widzimy wspólne działanie trzech instytucji: Rady UE, MFW i EBC. Myślę, że to są działania na taką skalę, że są bez wątpienia adekwatne do skali zagrożeń - powiedział minister finansów Jacek Rostowski. Adekwatne, ale czy skuteczne?
GRa na czas
Na razie zaangażowano relatywnie skromne środki oscylujące w granicach 20 – 30 mld euro dla uciekającej przed bankructwem Grecji. Spłacając Grecji bieżącą ratę zadłużenia Unia Europejska zyskuje czas na uporządkowanie finansowego chaosu - spowodowanego agresywną grą międzynarodowego kapitału spekulacyjnego czającego się na przecenę papierów skarbowych krajów najbardziej zagrożonych pułapką zadłużenia. Kurs wspólnej waluty brodzi po dnie, osiągając 7 maja najniższy poziom od czterech lat. Nic dziwnego, że Unia stojąca na straży swoich finansowych fundamentów została zmuszona do spektakularnych czynów. Inwestorzy nie mogą się przecież dowiedzieć, że efekt niezdyscyplinowanej polityki Grecji to de facto efekt domina, który odrzuciłby wszystkich ochotników kupujących obligacje.
Już nie cyrk, tylko teatr
Przełomowa decyzja EBC o aktywności na rynkach wtórnych blednieje na tle przestraszonych niemieckich i francuskich banków. Te czołowe instytucje finansowe strefy euro mają przecież ulokowane blisko 2 biliony euro w aktywach państw PIIGS (Grecja, Portugalia, Hiszpania, Włochy i Irlandia) w formie nie tylko obligacji, ale także kredytów i gwarancji. 750 – miliardowe koło ratunkowe zostało w zasadzie rzucone nie dłużnikom, ale ich wierzycielom. Niewypłacalność pomagających państw byłaby więc synonimem krachu systemu bankowego eurolandu. Realizacja czarnego scenariusza zależy w dużej mierze od powodzenia gry aktorskiej EBC, który na deskach wtórnego rynku obligacji przyodzieje maskę dobrze płacącego kupca. Kupca, dzięki któremu ceny obligacji wzrosną (tym samym ich rentowność zmaleje) i pozwolą państwom PIIGS wypuścić świeże emisje papierów o niższym oprocentowaniu (które pozwolą na stopniowe zmniejszanie kosztów obsługi zadłużenia).
Kij czy marchewka?
Powyższy plan - podważa najcenniejszy atut EBC - jego reputację jako banku politycznie niezależnego i oddanego sprawie stabilności cen - pisze Wall Street Journal. Rozwiązanie, na które ostatecznie zdecydował się szef EBC Jean Claude Trichet w obliczu stanu wyjątkowego, nie tylko podważa wiarygodność Europejskiego Banku Centralnego, ale także grozi inflacją i dalszym osłabianiem waluty. Aby koło ratunkowe samo nie zatonęło, trzeba na poważnie wdrożyć programy oszczędnościowe. Rządy europejskich outsiderów nie mogą już grać na zwłokę, nie wolno im także ugiąć się pod presją społecznego buntu. Wdrożenie zdeklarowanych programów oszczędnościowych zostanie przecież zweryfikowane najpóźniej pod koniec 2010 r. W trybie natychmiastowym Unia musi uruchomić surowy i precyzyjny mechanizm koordynujący i wymuszający dyscyplinę fiskalną swoich najbardziej rozkapryszonych członków. Przyjęta przez UE funkcja pełnego nadziei rodzica oprócz dawania pomocy ma także karać (np. odcinając od pożyczek unijnych czy zamykając dostęp do funduszy) i wychowywać (przyzwyczajając do utraty pełnej suwerenności rządów w kwestii budżetu i podatków).
Co inni powiedzą
Amerykańskie media wątpią w mobilizujące metody wychowawcze Unii Europejskiej, nie wierzą także w postanowienie poprawy jej najbardziej rozpieszczonych dzieci. Poza tym - inne kraje mogą nadal unikać działań, które zmniejszyłyby ich deficyty budżetowe i zadłużenie - a więc posunięć bolesnych dla społeczeństw i niebezpiecznych dla polityków - ponieważ one także mogą teraz oczekiwać, że będą uratowane przed niewypłacalnością - twierdzą analitycy New York Times’a. Komentarze dotyczą również prywatnych banków, które rozbestwiły nie tylko naiwne PIIGS i wpędziły w kryzys światową gospodarkę. Mimo tragicznego w skutkach kuszenia, private banking nadal występuje w ochronnej woalce, której zrzucenie skutkowałoby destabilizacją rynków finansowych. Washington Post brnie w swych wnioskach jeszcze dalej, przypuszczając, że kryzys skłoni państwa Unii do przekopania swoich napęczniałych systemów socjalnych.
Wy musicie, my już nie
Agencja ratingowa Fitch usprawiedliwia porażki strefy euro światowym kryzysem finansowym, który bezpośrednio przyczynił się do pogłębienia deficytu budżetowego krajów UE (spowodował wzrost średniego deficytu budżetowego ośmiu państw chcących przystąpić do strefy euro do ponad 6% w 2009 roku, przy nieco ponad 1% w roku 2007). Aby spełnić kryterium konwergencji o deficycie nieprzekraczającym 3% PKB, większość krajów ubiegających się o przyjęcie do eurolandu będzie musiała przejść przez długi i trudny okres ograniczeń budżetowych. Co z tego, że kryteria wejścia do strefy euro są tak wyśrubowane, że nie spełniają ich nawet państwa już do niego należące?
The time is later
Nie trudno dostrzec, że Polska przyjęła strategię „poczekamy, zobaczymy”. Kwestia przyjęcia euro wydaje się być teraz drugorzędna i słusznie – w oczekiwaniu na ujarzmienie finansowego chaosu strefy euro nie widać powodów do pośpiechu. My nie spełniamy żadnego kryterium konwergencji (nawet kryterium stóp procentowych), a Bruksela w najbliższych latach otworzy drzwi jedynie dla maleńkiej Estonii. Zdaniem Rostowskiego lepiej, że nie mamy obecnie w kieszeniach euro, co nie zmienia faktu, że walutowe zawirowania wcale nas nie oszczędzają. Złoty wciąż jako „waluta wschodząca” jest jedną z najsłabszych na świecie, obarczoną większym ryzykiem niż pokiereszowane euro. W opinii Leszka Balcerowicza zamiast myśleć o wejściu do strefy euro, powinniśmy skoncentrować się na reformie finansów publicznych. Obowiązkiem rządu jest obecnie prowadzenie polityki zorientowanej na oszczędności, dokładnie takiej samej jaką zmuszony byłby prowadzić będąc pod rygorem eurolandu. Bez względu na to, czy za parę lat nasz wspólny europejski dom będzie wzmocnioną twierdzą czy popadającą w ruinę wątłą konstrukcją, uzdrowione finanse i własna waluta powinny zapewniać nam wysokie miejsce w unijnym peletonie.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Publicystyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Publicystyka. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek
środa
Gospodarka złożona w ofierze polityce
Wybory prezydenckie w ekonomicznym lustrze mogą odbić się bardzo niekorzystnie. PO i PiS dzielą Polaków na dwa wrogie obozy, które zamiast popierać – atakują. Mając na uwadze przeszłą niezdolność do kompromisów w polskiej polityce, nie wierzę w porozumienie dwóch stron, które po wyborach będą reformować państwo.
Kampania prezydencka 2010 budzi przede wszystkim kontrowersje społeczne. Skupiając się na szukaniu drugiego dna kandydatury Jarosława Kaczyńskiego oraz komentowaniu wyrazistości i charyzmy Bronisława Komorowskiego, odrzucamy clue sprawy – program gospodarczy, który w najbliższej przyszłości ma zapewnić Polsce powrót do szybkiego wzrostu gospodarczego, eksportu, inwestycji czy chociażby optymizmu społecznego.
Osobiście wolałabym, aby media i politycy ścigali się w innej kategorii. Zamiast o ankietach i statystykach, wolałabym słyszeć o możliwych rozwiązaniach gospodarczych, które w obliczu sytuacji panującej w strefie euro czy chociażby w zalanej powodziami części kraju wydają się priorytetowe. Satyrę polityczną i epatowanie emocjami zamieniłabym na dyskusję o problemach Polski i wizji prezydentury. Dlaczego nie mówi się o kwestiach związanych z niedokończoną reformą emerytalną czy sytuacji na polskich wsiach? Trzeba pamiętać, że debata polityczna jest właśnie tym czasem, który pozwala nam zobaczyć jak kandydaci widzą przyszłość gospodarczą Polski i w jaki sposób dyskutują o programach wyborczych.
Kampania prezydencka zdaje się nabierać odrzucających kształtów, ponieważ jest zanurzona w smoleńskiej przeszłości. Efekt jest odwrotny do zamierzonego – zdjęcie byłej pary prezydenckiej jako upominek za podpis na liście PiS albo budzą litość albo odrzucają większość młodych obywateli, nie tylko od Jarosława Kaczyńskiego, ale także od Polski. Bieżąca sytuacja przekłada się na konieczność świeżej, politycznej autokreacji, czego przykładem jest pokorny Janusz Palikot z wyrzutami sumienia. Dla przedsiębiorców nie przyodziane maski, ale ekonomiczne wykształcenie i doświadczenie w biznesie mają znaczenie. I słusznie, bo w sprawach gospodarczych prezydenci mają korzystać z inicjatywy ustawodawczej, a nie z prawa weta, które tylko opóźnia wejście kluczowych ustaw w życie.
Kampania prezydencka 2010 budzi przede wszystkim kontrowersje społeczne. Skupiając się na szukaniu drugiego dna kandydatury Jarosława Kaczyńskiego oraz komentowaniu wyrazistości i charyzmy Bronisława Komorowskiego, odrzucamy clue sprawy – program gospodarczy, który w najbliższej przyszłości ma zapewnić Polsce powrót do szybkiego wzrostu gospodarczego, eksportu, inwestycji czy chociażby optymizmu społecznego.
Osobiście wolałabym, aby media i politycy ścigali się w innej kategorii. Zamiast o ankietach i statystykach, wolałabym słyszeć o możliwych rozwiązaniach gospodarczych, które w obliczu sytuacji panującej w strefie euro czy chociażby w zalanej powodziami części kraju wydają się priorytetowe. Satyrę polityczną i epatowanie emocjami zamieniłabym na dyskusję o problemach Polski i wizji prezydentury. Dlaczego nie mówi się o kwestiach związanych z niedokończoną reformą emerytalną czy sytuacji na polskich wsiach? Trzeba pamiętać, że debata polityczna jest właśnie tym czasem, który pozwala nam zobaczyć jak kandydaci widzą przyszłość gospodarczą Polski i w jaki sposób dyskutują o programach wyborczych.
Kampania prezydencka zdaje się nabierać odrzucających kształtów, ponieważ jest zanurzona w smoleńskiej przeszłości. Efekt jest odwrotny do zamierzonego – zdjęcie byłej pary prezydenckiej jako upominek za podpis na liście PiS albo budzą litość albo odrzucają większość młodych obywateli, nie tylko od Jarosława Kaczyńskiego, ale także od Polski. Bieżąca sytuacja przekłada się na konieczność świeżej, politycznej autokreacji, czego przykładem jest pokorny Janusz Palikot z wyrzutami sumienia. Dla przedsiębiorców nie przyodziane maski, ale ekonomiczne wykształcenie i doświadczenie w biznesie mają znaczenie. I słusznie, bo w sprawach gospodarczych prezydenci mają korzystać z inicjatywy ustawodawczej, a nie z prawa weta, które tylko opóźnia wejście kluczowych ustaw w życie.
wtorek
Grecki wirus?
30 mld euro w tym roku, pozostałe 80 do 2012 r. – tyle udźwignie pomocna dłoń strefy euro dla Grecji. Nie wiadomo jednak jak silne jest greckie postanowienie poprawy i czy europejskie kraje nie zarażą się greckim wirusem.
Ceną za wsparcie mają być drastyczne reformy budżetowe, do których pod naciskiem Międzynarodowego Funduszu Walutowego, Komisji Europejskiej i Europejskiego Banku Centralnego zobowiązała się Grecja. Nie dość, że musi zredukować deficyt budżetowy o 11% w przeciągu 4 lat (z 13,6% PKB w ub.r. do 2,6% w 2014 r.), to jeszcze może nie wyplątać się ze „spirali śmierci”, która będzie się nakręcać poprzez koszty zaciągania pożyczek z pakietu ratunkowego (odsetki rzędu 5%). Popyt na greckie obligacje (26- i 52- tygodniowe) przekroczył ofertę (z rentownością ponad dwukrotnie większą niż w styczniu) siedmiokrotnie i tym samym, euro zyskiwało wobec dolara. Trzeba pamiętać jednak, że aukcyjna ruchliwość była wynikiem krótkotrwałego przeświadczenia, że grecki rząd na wskutek złapania liny ratunkowej jest w stanie przeskoczyć ryzyko bankructwa.
EBC wierzy w Grecję, Europa nie wierzy w EBC
Największą ofiarą pakietu ratunkowego jest EBC, które zamiast utrzymywać autonomię, przytuliło się do polityki fiskalnej. EBC powinno sterylizować efekty interwencji i zakupy, a nie wspierać obligacje rządowe w finansowych opałach zajmując się zapewnianiem płynności dla greckiego długu rządowego oraz opodatkowując prywatnych kredytobiorców ze strefy euro. EBC narusza w ten sposób dwie kardynalne zasady Traktatu z Maastricht, stanowiące, że -po pierwsze- każdy kraj ma sam odpowiadać za swoje finanse i - po drugie - bank centralny jest niezależny od rządów. Zejście ze ścieżki cnoty może skutkować latami ciężkiej pracy dla EBC, aby odzyskać wiarygodność.
Tonący chwyta się brzytwy
Grecki rząd zdaje się odwzajemniać sympatię EBC i obiecuje spłacić pożyczkę co do eurocenta. – Będziemy respektować nasze zobowiązania, tak jak respektowaliśmy wszystkie inne dotychczas – zadeklarował minister finansów Jeorjos Papakonstantinu. Znienawidzone przez poszkodowanych Greków ministerstwo zapowiedziało ostre cięcia oszczędnościowe, w tym m.in. rezygnację z 13. i 14. pensji w sektorze publicznym dla zarabiających powyżej 3 tys. euro miesięcznie i ograniczenie dodatkowych pensji do 1 tys. euro dla zarabiających mniej. Ostrzyżone o 8% zostaną również różnego rodzaju dodatki i świadczenia w budżetówce. Stawka VAT wzrośnie o 2% (z 21 do 23%), z kolei Grecy będą zmuszeni pracować dłużej by uzyskać pełne świadczenia emerytalne oraz zapłacić za papierosy i alkohol o 10% więcej. – Ambitne dostosowania budżetowe i szerokie reformy strukturalne przewidziane przez program są odpowiednie dla osiągnięcia celu – napisano w oświadczeniu usatysfakcjonowanego i zauroczonego programem oszczędnościowym EBC.
Opłakana przyszłość i gaz łzawiący
Troski strefy euro o stabilność wspólnej waluty nie podzielają greccy związkowcy, którzy w pochodzie pierwszomajowym protestowali przeciwko zapowiadanym przez rząd krokom oszczędnościowym. Jedna z największych central związkowych zrzeszająca ponad 375 tys. urzędników państwowych Adedy wraz z inną centralą GSEE wzywa do strajków i uparcie apeluje o zablokowanie „antysocjalnych” metod ogłoszonych przez greckie władze w zamian za międzynarodową pomoc finansową. – Coraz silniej się mobilizujemy (…) możemy wciąż powstrzymać upadek kraju, zablokować te drastyczne środki – wierzą zdeterminowani protestujący.
Wygląda na to, że wśród Greków niestety nie ma poczucia, że potrzebne są zmiany, nawet, gdy konieczne będą dotkliwe wyrzeczenia. Grecja powinna była przełknąć decyzję o zwróceniu się o pomoc znacznie szybciej, a nie ryzykować katastrofą. Brak woli współpracy z jej strony poskutkował kłopotami nie tylko Grecji, ale i całej Unii. W konsekwencji, rynki pokazały swoją dezaprobatę dla programu ratunkowego. Zapewne z obawy, że Grecja nie będzie w stanie wdrożyć programu naprawczego, a nawet jeśli – to nie uchroni ją to przez niewypłacalnością. Nic dziwnego, że kraje euro miały olbrzymią ochotę pokazania Grekom, że powinni ponieść konsekwencje swojej polityki finansowej i życia ponad stan.
Grecja zaraża
Dyskusje dotyczące rozlewania greckiego kryzysu na kolejne peryferyjne kraje UE należy jak najszybciej zamienić na funduszowe pogotowie. Takie, które zasilane finansowym zastrzykiem (np. z EBC) ratowałoby w razie finansowej zapaści kraje takie jak Hiszpania, Portugalia, Włochy i Irlandia. – Chodzi o to, by zapewnić rynki finansowe o zdecydowanych działaniach opartych na silnych fundamentach, jakie podejmiemy w przyszłości – tłumaczy dyplomata, który zastrzegł sobie anonimowość. Szef EBC Jean – Claude Trichet zdaje sobie sprawę, że strefa euro doczekała się kryzysu systemowego, który niesie ze sobą konieczność pomocy wszystkim potencjalnym kandydatom. Zdaniem francuskiego banku BNP Paribas, Europa pomagając Grecji będzie musiała wydać co najmniej 320 mld euro, aby plan pomocy odniósł sukces, odstraszył spekulantów i uspokoił panikujących właścicieli obligacji.
Trafiony zatopiony
Laureat ekonomicznego Nobla Paul Krugman uważa, że to nie Grecja, ale Hiszpania jest obecnie największy zagrożeniem dla strefy euro. Hiszpańska gospodarka jest czterokrotnie większa niż grecka, a jej udział w europejskim PKB to blisko 12%. Całe szczęście nie przeraża nas jeszcze olbrzymi włoski dług publiczny (sięgający 236% PKB), jednakże w wyniku szoku, jaki zafundowała Europie Grecja (tylko do czasu fałszując dane starając się o przyjęcie do unijnej elity), coraz częściej spekuluje się o problemach krajów położonych wokół śródziemnomorskiego basenu. Gigantyczne programy inwestycyjne mające swoje odzwierciedlenie w zadłużaniu sektora publicznego czy przeradzaniu nadwyżki budżetowej w niepokojący deficyt, obecnie wymagają rządowych planów ratunkowych, które najprawdopodobniej nie powiodą się bez finansowej pomocy europejskiej wspólnoty.
Grecja odbierze Polsce?
Polska zaangażowała się do pomocy Grecji na zasadzie case by case, czyli np. w sytuacji gdyby okazało się, że Międzynarodowy Fundusz Walutowy wyda wszystkie środki, którymi dysponuje. Podobnie jak Szwedzi, uaktywnimy się, gdy w naszej opinii wymagać tego będzie interes narodowy i interes wspólny Europy. Ponieważ Polska jest największym beneficjentem unijnych funduszy pomocowych w budżecie 2007 – 2013, powinniśmy poczuć się do moralnego obowiązku dbałości o strefę euro i stabilność rynków walutowych. W opinii unijnego komisarza ds. budżetu Janusza Lewandowskiego nie należy mieć także wątpliwości, że grecki kryzys wpłynie negatywnie na przyszły budżet UE, a przez to utrudni negocjacje w 2011 r., gdy będą zapadały decyzje o perspektywie finansowej na lata 2014 – 2020. Miejmy tylko nadzieję, że nie dojdzie do reakcji łańcuchowej i nie będą konieczne cięcia w funduszach strukturalnych, które przecież działają antykryzysowo.
Ceną za wsparcie mają być drastyczne reformy budżetowe, do których pod naciskiem Międzynarodowego Funduszu Walutowego, Komisji Europejskiej i Europejskiego Banku Centralnego zobowiązała się Grecja. Nie dość, że musi zredukować deficyt budżetowy o 11% w przeciągu 4 lat (z 13,6% PKB w ub.r. do 2,6% w 2014 r.), to jeszcze może nie wyplątać się ze „spirali śmierci”, która będzie się nakręcać poprzez koszty zaciągania pożyczek z pakietu ratunkowego (odsetki rzędu 5%). Popyt na greckie obligacje (26- i 52- tygodniowe) przekroczył ofertę (z rentownością ponad dwukrotnie większą niż w styczniu) siedmiokrotnie i tym samym, euro zyskiwało wobec dolara. Trzeba pamiętać jednak, że aukcyjna ruchliwość była wynikiem krótkotrwałego przeświadczenia, że grecki rząd na wskutek złapania liny ratunkowej jest w stanie przeskoczyć ryzyko bankructwa.
EBC wierzy w Grecję, Europa nie wierzy w EBC
Największą ofiarą pakietu ratunkowego jest EBC, które zamiast utrzymywać autonomię, przytuliło się do polityki fiskalnej. EBC powinno sterylizować efekty interwencji i zakupy, a nie wspierać obligacje rządowe w finansowych opałach zajmując się zapewnianiem płynności dla greckiego długu rządowego oraz opodatkowując prywatnych kredytobiorców ze strefy euro. EBC narusza w ten sposób dwie kardynalne zasady Traktatu z Maastricht, stanowiące, że -po pierwsze- każdy kraj ma sam odpowiadać za swoje finanse i - po drugie - bank centralny jest niezależny od rządów. Zejście ze ścieżki cnoty może skutkować latami ciężkiej pracy dla EBC, aby odzyskać wiarygodność.
Tonący chwyta się brzytwy
Grecki rząd zdaje się odwzajemniać sympatię EBC i obiecuje spłacić pożyczkę co do eurocenta. – Będziemy respektować nasze zobowiązania, tak jak respektowaliśmy wszystkie inne dotychczas – zadeklarował minister finansów Jeorjos Papakonstantinu. Znienawidzone przez poszkodowanych Greków ministerstwo zapowiedziało ostre cięcia oszczędnościowe, w tym m.in. rezygnację z 13. i 14. pensji w sektorze publicznym dla zarabiających powyżej 3 tys. euro miesięcznie i ograniczenie dodatkowych pensji do 1 tys. euro dla zarabiających mniej. Ostrzyżone o 8% zostaną również różnego rodzaju dodatki i świadczenia w budżetówce. Stawka VAT wzrośnie o 2% (z 21 do 23%), z kolei Grecy będą zmuszeni pracować dłużej by uzyskać pełne świadczenia emerytalne oraz zapłacić za papierosy i alkohol o 10% więcej. – Ambitne dostosowania budżetowe i szerokie reformy strukturalne przewidziane przez program są odpowiednie dla osiągnięcia celu – napisano w oświadczeniu usatysfakcjonowanego i zauroczonego programem oszczędnościowym EBC.
Opłakana przyszłość i gaz łzawiący
Troski strefy euro o stabilność wspólnej waluty nie podzielają greccy związkowcy, którzy w pochodzie pierwszomajowym protestowali przeciwko zapowiadanym przez rząd krokom oszczędnościowym. Jedna z największych central związkowych zrzeszająca ponad 375 tys. urzędników państwowych Adedy wraz z inną centralą GSEE wzywa do strajków i uparcie apeluje o zablokowanie „antysocjalnych” metod ogłoszonych przez greckie władze w zamian za międzynarodową pomoc finansową. – Coraz silniej się mobilizujemy (…) możemy wciąż powstrzymać upadek kraju, zablokować te drastyczne środki – wierzą zdeterminowani protestujący.
Wygląda na to, że wśród Greków niestety nie ma poczucia, że potrzebne są zmiany, nawet, gdy konieczne będą dotkliwe wyrzeczenia. Grecja powinna była przełknąć decyzję o zwróceniu się o pomoc znacznie szybciej, a nie ryzykować katastrofą. Brak woli współpracy z jej strony poskutkował kłopotami nie tylko Grecji, ale i całej Unii. W konsekwencji, rynki pokazały swoją dezaprobatę dla programu ratunkowego. Zapewne z obawy, że Grecja nie będzie w stanie wdrożyć programu naprawczego, a nawet jeśli – to nie uchroni ją to przez niewypłacalnością. Nic dziwnego, że kraje euro miały olbrzymią ochotę pokazania Grekom, że powinni ponieść konsekwencje swojej polityki finansowej i życia ponad stan.
Grecja zaraża
Dyskusje dotyczące rozlewania greckiego kryzysu na kolejne peryferyjne kraje UE należy jak najszybciej zamienić na funduszowe pogotowie. Takie, które zasilane finansowym zastrzykiem (np. z EBC) ratowałoby w razie finansowej zapaści kraje takie jak Hiszpania, Portugalia, Włochy i Irlandia. – Chodzi o to, by zapewnić rynki finansowe o zdecydowanych działaniach opartych na silnych fundamentach, jakie podejmiemy w przyszłości – tłumaczy dyplomata, który zastrzegł sobie anonimowość. Szef EBC Jean – Claude Trichet zdaje sobie sprawę, że strefa euro doczekała się kryzysu systemowego, który niesie ze sobą konieczność pomocy wszystkim potencjalnym kandydatom. Zdaniem francuskiego banku BNP Paribas, Europa pomagając Grecji będzie musiała wydać co najmniej 320 mld euro, aby plan pomocy odniósł sukces, odstraszył spekulantów i uspokoił panikujących właścicieli obligacji.
Trafiony zatopiony
Laureat ekonomicznego Nobla Paul Krugman uważa, że to nie Grecja, ale Hiszpania jest obecnie największy zagrożeniem dla strefy euro. Hiszpańska gospodarka jest czterokrotnie większa niż grecka, a jej udział w europejskim PKB to blisko 12%. Całe szczęście nie przeraża nas jeszcze olbrzymi włoski dług publiczny (sięgający 236% PKB), jednakże w wyniku szoku, jaki zafundowała Europie Grecja (tylko do czasu fałszując dane starając się o przyjęcie do unijnej elity), coraz częściej spekuluje się o problemach krajów położonych wokół śródziemnomorskiego basenu. Gigantyczne programy inwestycyjne mające swoje odzwierciedlenie w zadłużaniu sektora publicznego czy przeradzaniu nadwyżki budżetowej w niepokojący deficyt, obecnie wymagają rządowych planów ratunkowych, które najprawdopodobniej nie powiodą się bez finansowej pomocy europejskiej wspólnoty.
Grecja odbierze Polsce?
Polska zaangażowała się do pomocy Grecji na zasadzie case by case, czyli np. w sytuacji gdyby okazało się, że Międzynarodowy Fundusz Walutowy wyda wszystkie środki, którymi dysponuje. Podobnie jak Szwedzi, uaktywnimy się, gdy w naszej opinii wymagać tego będzie interes narodowy i interes wspólny Europy. Ponieważ Polska jest największym beneficjentem unijnych funduszy pomocowych w budżecie 2007 – 2013, powinniśmy poczuć się do moralnego obowiązku dbałości o strefę euro i stabilność rynków walutowych. W opinii unijnego komisarza ds. budżetu Janusza Lewandowskiego nie należy mieć także wątpliwości, że grecki kryzys wpłynie negatywnie na przyszły budżet UE, a przez to utrudni negocjacje w 2011 r., gdy będą zapadały decyzje o perspektywie finansowej na lata 2014 – 2020. Miejmy tylko nadzieję, że nie dojdzie do reakcji łańcuchowej i nie będą konieczne cięcia w funduszach strukturalnych, które przecież działają antykryzysowo.
środa
Operacja "ropa"
Skutki wycieku ropy w Zatoce Meksykańskiej odczuje nie tylko brytyjski gigant paliwowy BP, ale cała Ameryka i przemysł naftowy na świecie. Czarny scenariusz rozleje się też na turystykę, rybołówstwo i handel nieruchomościami w Luizjanie i na Florydzie.
Wybuch wynajętej przez British Petroleum platformy wiertniczej „Deepwater Horizon” 20 kwietnia br. oznacza miliardowe straty dla amerykańskiej gospodarki. Dział energetyczny agencji ratingowej Fitch szacuje, że koszty powstrzymania wycieku i oczyszczanie okolicznych akwenów mogą przewyższyć 3,5 mld dolarów. Na tyle w 1989 r. wyceniono katastrofę tankowca Exxon Valdez u wybrzeży Alaski. Wyciekło wówczas 11 mln galonów ropy.
Naftowy patrol
Usuwanie gigantycznej plamy ropy potrwa najmniej 3 miesiące. By zahamować skutki katastrofy, zmobilizowano tysiące marynarzy Gwardii Narodowej i straży przybrzeżnej. Rząd USA zamierza obciążyć kosztami akcji ratunkowej brytyjski koncern BP oraz współpracujące z nim firmy naftowe. Dyrektor wykonawczy BP Tony Hayward obiecał pokryć w całości skutki katastrofy ekologicznej oraz wszystkie uzasadnione roszczenia związane z wyciekiem ropy. Już teraz BP wraz z partnerami eksplorującymi szyb pokrywa około 6 mln dolarów każdego dnia za próby oczyszczania zatoki. Gdy plama przemieści się bliżej wybrzeży USA, koszty gwałtownie wzrosną.
Obecnie sprawdza się techniczne możliwości powstrzymania wycieku z podwodnego szybu. Dotychczas z zatopionej platformy wyciekło do morza ok. 6 mln litrów ropy (1,6 mln galonów). Opracowanie systemu tamującego, rozpylanie środków chemicznych spowalniających rozprzestrzeniania się ropy czy budowa szybu pomocniczego to jedynie doraźne próby ratowania sytuacji. – Nigdy nie uda nam się posprzątać całej tej ropy. Bazując na wcześniej doświadczeniach w najlepszym wypadku będzie to 15 - 20%, a w najgorszym poniżej 5%. Pozostała część plamy spustoszy Zatokę Meksykańską – mówił „Rzeczpospolitej” Mark Floegel, jeden z czołowych ekspertów Greenpeace. Należy mieć więc na uwadze, że wyciek ropy przede wszystkim sieje ogromne i długotrwałe spustoszenie w środowisku naturalnym, który bez wątpienia stanowi główne bogactwo regionu. Stąd cena katastrofy będzie nieporównywalnie większa niż zakłada sztab specjalistów sugerujący się kosztami, jakie poniesiono w wyniku zatonięcia tankowców Exxon Valdez i ABT Summer.
Co powie ryba(k)
- Musimy się przygotować na najgorsze, na katastrofę o ogromnych rozmiarach - mówił w CNN Ken Salazar, minister bezpieczeństwa wewnętrznego w rządzie Obamy. Gigantycznych rozmiarów plama ropy zmusiła władze USA do wprowadzenia zakazu połowów ryb w Zatoce Meksykańskiej. Każdy miesiąc zakazu przekłada się na stratę 250 mln dolarów, gdyż rybołówstwo to jeden z największych filarów gospodarki Luizjany. Zdaniem analityka z firmy inwestycyjnej Bernstein Neal’a McMahon’a przemysł rybny i rybołówstwo w Luizjanie ogółem może stracić 2,5 mld dolarów. Rybacy wyspecjalizowani w połowach krewetek zdążyli już złożyć w sądzie pozew przeciwko BP oskarżając spółkę o znaczące zaniedbania. Tony Hayward zadeklarował, że firma pokryje wszystkie uzasadnione roszczenia. – Uruchomiliśmy już procedury odszkodowawcze. Mniejsze kwoty są wypłacane na bieżąco – oznajmił w wywiadzie dla National Public Radio.
Eksplozja platformy może także poważnie zaszkodzić plażom na Florydzie. Wpływy z turystyki skurczyłyby się wtedy o 3 mld dolarów. Bilans strat obejmie także rynek nieruchomości. Tempo wydostających się do morza 5 tys. baryłek ropy dziennie przekłada się na tempo odwoływania rezerwacji, zarówno przez turystów, jak i inwestorów. Właściciele nieruchomości, w ślad za rybakami, masowo redagują pozwy o odszkodowanie za straty powstałe w wyniku spadku wartości ich gruntów. Niestety, wykupowane przez nich standardowe ubezpieczenia nieruchomości obejmują zazwyczaj jedynie zniszczenie mienia, a nie spadek jego wartości.
Zaplamiona reputacja BP
Jeśli prace ratunkowe nie przyniosą zakładanych efektów, to codziennie z platformy może wyciekać nawet 100 tysięcy baryłek ropy. - To byłaby katastrofa gorsza od "Katriny" - twierdzi pracujący w firmie rybołówczej Russell Pratts, wspominając huragan, który 5 lat temu zabił w Luizjanie prawie 1800 osób. - Można by to było zrozumieć, gdyby to była katastrofa naturalna, ale tę klęskę sprowadzili na nas ludzie. Organizacja ochrony środowiska, Gulf Restoration Network, uważa, że BP w 100% jest odpowiedzialna za katastrofę i ma prawny obowiązek dbania o bezpieczeństwo eksploatacji. Ponadto, jak wskazuje „Independent”, BP zareagowało na zdarzenie dopiero po czterech dniach, gdy doszło do drugiego wybuchu, w wyniku którego platforma „Deepwater Horizon” zatonęła. British Petroleum, wynajmujący platformę od szwajcarskiej spółki Transocean, konsekwentnie odpiera zarzuty podkreślając, że operatorem platformy był Transocean, a w chwili wybuchu tylko 6 z 126 pracowników było zatrudnionych przez BP.
„Wall Street Journal” ogłosił, że zdaniem rządowych ekspertów zawory awaryjne wykorzystywane przez BP już 6 lat temu nie spełniały standardów bezpieczeństwa. Pożar w rafinerii BP w Teksasie w 2005 r., podczas którego zginęło 15 osób, a rannych zostało 180, tylko potwierdził niewystarczające procedury bezpieczeństwa. Nic więc dziwnego, że 2 lata później obejmujący stanowisko prezesa BP Hayward, za priorytet przyjął skoncentrowanie się na niezawodności w przeprowadzanych operacjach. Wskaźniki bezpieczeństwa w British Petroleum faktycznie wystrzeliły w górę, równolegle do wyników finansowych. Wydawać by się mogło, że historia dokonań nowego „przezornego” prezesa nie może budzić zastrzeżeń. Niestety, wprowadzone przez Haywarda przepisy bezpieczeństwa nie wymagały dodatkowego zabezpieczenia, tzw. wyłącznika akustycznego, który był bezpośrednią przyczyną katastrofy z 20 kwietnia br.
Pierwszy kwartał 2010 r. przyniósł firmie rekordowe zyski. Na ironię losu zakrawa fakt, że zdarzenie z drugiego kwartału będzie wymagało od BP słonych wydatków i usilnej walki nie tylko z opanowaniem wycieku, ale także z odbudowaniem reputacji (która została już raz nadszarpnięta przez katastrofę w Teksasie). - British Petroleum desperacko próbuje nie tylko powstrzymać falę ropy zmierzającą w stronę wybrzeży Luizjany, ale także uśmierzyć przybierającą na sile polityczną burzę, która wymiotła miliardy funtów z wyceny akcji koncernu - napisał brytyjski dziennik "Guardian". Tuż po katastrofie rynkowa wycena akcji BP zmniejszyła się o 12 mld funtów, co stanowi 14% jej giełdowej wartości. Warto dodać, że paliwowy koncern obecnie jest największą spółką notowaną na londyńskiej giełdzie. Notowania szwajcarskiej spółki Transocean w tym samym czasie spadły o 20%.
Czarna przyszłość
Kolejnym pośrednim skutkiem katastrofy jest rosnąca cena kontraktów futures na ropę WTI z dostawą w 2018 r., która przebiła najwyższy poziom tego kontraktu od 20.01.2010 – 100 dolarów za baryłkę. Notowania na nowojorskiej giełdzie surowcowej NYMEX mogły ukształtować się na wskutek wypowiedzi Baracka Obamy, który obwieścił, że nowe zezwolenia na wydobycie ropy przy amerykańskim wybrzeżu nie będą wydawane do czasu gruntownego zbadania przyczyn wybuchu „Deepwater Horizon”.
Jak wynika z powyższego bilansu, nie tylko plama ropy zatacza coraz szersze kręgi. Wyciek ropy napędza spirale kosztów BP, ale także odbiera zyski niemal całemu południowemu wybrzeżu USA. Brytyjski koncern musi liczyć się z faktem, że jego renoma znacznie ucierpiała oraz, że oprócz pokrycia kosztów usuwania ropy, będzie zmuszony zapłacić także parę kolejnych miliardów odszkodowań i kosztów prawnych.
Wybuch wynajętej przez British Petroleum platformy wiertniczej „Deepwater Horizon” 20 kwietnia br. oznacza miliardowe straty dla amerykańskiej gospodarki. Dział energetyczny agencji ratingowej Fitch szacuje, że koszty powstrzymania wycieku i oczyszczanie okolicznych akwenów mogą przewyższyć 3,5 mld dolarów. Na tyle w 1989 r. wyceniono katastrofę tankowca Exxon Valdez u wybrzeży Alaski. Wyciekło wówczas 11 mln galonów ropy.
Naftowy patrol
Usuwanie gigantycznej plamy ropy potrwa najmniej 3 miesiące. By zahamować skutki katastrofy, zmobilizowano tysiące marynarzy Gwardii Narodowej i straży przybrzeżnej. Rząd USA zamierza obciążyć kosztami akcji ratunkowej brytyjski koncern BP oraz współpracujące z nim firmy naftowe. Dyrektor wykonawczy BP Tony Hayward obiecał pokryć w całości skutki katastrofy ekologicznej oraz wszystkie uzasadnione roszczenia związane z wyciekiem ropy. Już teraz BP wraz z partnerami eksplorującymi szyb pokrywa około 6 mln dolarów każdego dnia za próby oczyszczania zatoki. Gdy plama przemieści się bliżej wybrzeży USA, koszty gwałtownie wzrosną.
Obecnie sprawdza się techniczne możliwości powstrzymania wycieku z podwodnego szybu. Dotychczas z zatopionej platformy wyciekło do morza ok. 6 mln litrów ropy (1,6 mln galonów). Opracowanie systemu tamującego, rozpylanie środków chemicznych spowalniających rozprzestrzeniania się ropy czy budowa szybu pomocniczego to jedynie doraźne próby ratowania sytuacji. – Nigdy nie uda nam się posprzątać całej tej ropy. Bazując na wcześniej doświadczeniach w najlepszym wypadku będzie to 15 - 20%, a w najgorszym poniżej 5%. Pozostała część plamy spustoszy Zatokę Meksykańską – mówił „Rzeczpospolitej” Mark Floegel, jeden z czołowych ekspertów Greenpeace. Należy mieć więc na uwadze, że wyciek ropy przede wszystkim sieje ogromne i długotrwałe spustoszenie w środowisku naturalnym, który bez wątpienia stanowi główne bogactwo regionu. Stąd cena katastrofy będzie nieporównywalnie większa niż zakłada sztab specjalistów sugerujący się kosztami, jakie poniesiono w wyniku zatonięcia tankowców Exxon Valdez i ABT Summer.
Co powie ryba(k)
- Musimy się przygotować na najgorsze, na katastrofę o ogromnych rozmiarach - mówił w CNN Ken Salazar, minister bezpieczeństwa wewnętrznego w rządzie Obamy. Gigantycznych rozmiarów plama ropy zmusiła władze USA do wprowadzenia zakazu połowów ryb w Zatoce Meksykańskiej. Każdy miesiąc zakazu przekłada się na stratę 250 mln dolarów, gdyż rybołówstwo to jeden z największych filarów gospodarki Luizjany. Zdaniem analityka z firmy inwestycyjnej Bernstein Neal’a McMahon’a przemysł rybny i rybołówstwo w Luizjanie ogółem może stracić 2,5 mld dolarów. Rybacy wyspecjalizowani w połowach krewetek zdążyli już złożyć w sądzie pozew przeciwko BP oskarżając spółkę o znaczące zaniedbania. Tony Hayward zadeklarował, że firma pokryje wszystkie uzasadnione roszczenia. – Uruchomiliśmy już procedury odszkodowawcze. Mniejsze kwoty są wypłacane na bieżąco – oznajmił w wywiadzie dla National Public Radio.
Eksplozja platformy może także poważnie zaszkodzić plażom na Florydzie. Wpływy z turystyki skurczyłyby się wtedy o 3 mld dolarów. Bilans strat obejmie także rynek nieruchomości. Tempo wydostających się do morza 5 tys. baryłek ropy dziennie przekłada się na tempo odwoływania rezerwacji, zarówno przez turystów, jak i inwestorów. Właściciele nieruchomości, w ślad za rybakami, masowo redagują pozwy o odszkodowanie za straty powstałe w wyniku spadku wartości ich gruntów. Niestety, wykupowane przez nich standardowe ubezpieczenia nieruchomości obejmują zazwyczaj jedynie zniszczenie mienia, a nie spadek jego wartości.
Zaplamiona reputacja BP
Jeśli prace ratunkowe nie przyniosą zakładanych efektów, to codziennie z platformy może wyciekać nawet 100 tysięcy baryłek ropy. - To byłaby katastrofa gorsza od "Katriny" - twierdzi pracujący w firmie rybołówczej Russell Pratts, wspominając huragan, który 5 lat temu zabił w Luizjanie prawie 1800 osób. - Można by to było zrozumieć, gdyby to była katastrofa naturalna, ale tę klęskę sprowadzili na nas ludzie. Organizacja ochrony środowiska, Gulf Restoration Network, uważa, że BP w 100% jest odpowiedzialna za katastrofę i ma prawny obowiązek dbania o bezpieczeństwo eksploatacji. Ponadto, jak wskazuje „Independent”, BP zareagowało na zdarzenie dopiero po czterech dniach, gdy doszło do drugiego wybuchu, w wyniku którego platforma „Deepwater Horizon” zatonęła. British Petroleum, wynajmujący platformę od szwajcarskiej spółki Transocean, konsekwentnie odpiera zarzuty podkreślając, że operatorem platformy był Transocean, a w chwili wybuchu tylko 6 z 126 pracowników było zatrudnionych przez BP.
„Wall Street Journal” ogłosił, że zdaniem rządowych ekspertów zawory awaryjne wykorzystywane przez BP już 6 lat temu nie spełniały standardów bezpieczeństwa. Pożar w rafinerii BP w Teksasie w 2005 r., podczas którego zginęło 15 osób, a rannych zostało 180, tylko potwierdził niewystarczające procedury bezpieczeństwa. Nic więc dziwnego, że 2 lata później obejmujący stanowisko prezesa BP Hayward, za priorytet przyjął skoncentrowanie się na niezawodności w przeprowadzanych operacjach. Wskaźniki bezpieczeństwa w British Petroleum faktycznie wystrzeliły w górę, równolegle do wyników finansowych. Wydawać by się mogło, że historia dokonań nowego „przezornego” prezesa nie może budzić zastrzeżeń. Niestety, wprowadzone przez Haywarda przepisy bezpieczeństwa nie wymagały dodatkowego zabezpieczenia, tzw. wyłącznika akustycznego, który był bezpośrednią przyczyną katastrofy z 20 kwietnia br.
Pierwszy kwartał 2010 r. przyniósł firmie rekordowe zyski. Na ironię losu zakrawa fakt, że zdarzenie z drugiego kwartału będzie wymagało od BP słonych wydatków i usilnej walki nie tylko z opanowaniem wycieku, ale także z odbudowaniem reputacji (która została już raz nadszarpnięta przez katastrofę w Teksasie). - British Petroleum desperacko próbuje nie tylko powstrzymać falę ropy zmierzającą w stronę wybrzeży Luizjany, ale także uśmierzyć przybierającą na sile polityczną burzę, która wymiotła miliardy funtów z wyceny akcji koncernu - napisał brytyjski dziennik "Guardian". Tuż po katastrofie rynkowa wycena akcji BP zmniejszyła się o 12 mld funtów, co stanowi 14% jej giełdowej wartości. Warto dodać, że paliwowy koncern obecnie jest największą spółką notowaną na londyńskiej giełdzie. Notowania szwajcarskiej spółki Transocean w tym samym czasie spadły o 20%.
Czarna przyszłość
Kolejnym pośrednim skutkiem katastrofy jest rosnąca cena kontraktów futures na ropę WTI z dostawą w 2018 r., która przebiła najwyższy poziom tego kontraktu od 20.01.2010 – 100 dolarów za baryłkę. Notowania na nowojorskiej giełdzie surowcowej NYMEX mogły ukształtować się na wskutek wypowiedzi Baracka Obamy, który obwieścił, że nowe zezwolenia na wydobycie ropy przy amerykańskim wybrzeżu nie będą wydawane do czasu gruntownego zbadania przyczyn wybuchu „Deepwater Horizon”.
Jak wynika z powyższego bilansu, nie tylko plama ropy zatacza coraz szersze kręgi. Wyciek ropy napędza spirale kosztów BP, ale także odbiera zyski niemal całemu południowemu wybrzeżu USA. Brytyjski koncern musi liczyć się z faktem, że jego renoma znacznie ucierpiała oraz, że oprócz pokrycia kosztów usuwania ropy, będzie zmuszony zapłacić także parę kolejnych miliardów odszkodowań i kosztów prawnych.
poniedziałek
Posłańcy czarnoksiężnika
Trzy najbardziej poczytne ogólnokrajowe dzienniki 11. kwietnia br. musiały podjąć ogromne wyzwanie – poinformować ponad 38 milionów Polaków o tragicznej śmierci elity naszej ojczyzny w Smoleńsku. Mimo, że nikt nie spodziewał się tak traumatycznego scenariusza siedemdziesiątej rocznicy zbrodni katyńskiej, dziennikarze nie udźwignęli ciężaru profesjonalizmu zawodowego wymaganego bez wyjątku w każdych okolicznościach.
Niedzielne (11.04.2010 r.) wydania specjalne dzienników „Gazeta Wyborcza”, „Rzeczpospolita” i „Dziennik Gazeta Prawna” wyróżniały spośród codziennych numerów sentymentalne refleksje przyjaciół ofiar, poruszające reportaże z miejsca zdarzenia i z uroczystości rocznicowej w Katyniu oraz próba wyjaśnienia przyczyn rozbicia samolotu rządowego Tu – 154. Każdy z dzienników precyzyjnie przedstawił dostępne mu informacje, co nie zmienia faktu, że wydania różniły się między sobą pod względem doboru treści, nacechowania emocjonalnego, wniosków, komentarzy, analizy i przesłania.
Katastrofa smoleńska ma być lekcją
Gazeta Wyborcza grała emocjami czytelników świadomie. Niedzielne wydanie specjalne rozpoczynał neutralny tekst opisujący jak doszło do rozbicia samolotu. Autor przedstawił parametry techniczne samolotu oraz w przystępny sposób zilustrował lądowanie. Z artykułu dotyczącego badania przyczyn katastrofy można było wywnioskować, że stan techniczny samolotu nie budził zastrzeżeń, a przyczynę rozbicia można upatrywać w decyzji pilota. Reportaże z miejsca wypadku oraz z przygotowań do uroczystości miały już na celu wywołanie u odbiorcy poczucia żalu, niesprawiedliwości i pustki. Najpierw opisywano radość tych, którzy dotarli na uroczystość przed czasem, by następnie skonfrontować ją z chwilą, kiedy obecni w lasku katyńskim dowiadują się o tragedii.
Wyborcza szczególnie skupiła się na stosunkach polsko – rosyjskich, o czym świadczą m.in.:
- cytowane orędzie telewizyjne prezydenta Rosji Dmitrijewa Miedwiediewa,
- akcentowanie pomocy ze strony Rosjan, by zmniejszyć straty moralne Polaków związane z tą katastrofą,
- relacja ze Smoleńska, która opisuje reakcje władz, mieszkańców i miejscowego biskupa prawosławnego.
Gazeta donosiła również o kondolencjach, które nadchodziły dla Polaków z całego świata, cytowała wypowiedzi prezydentów i przywódców większości państw, dokonała przeglądu najważniejszych dzienników na świecie. Bogato ilustrowane wydanie pokazywało msze żałobne, marsze pamięci oraz kolejki do ksiąg kondolencyjnych z głównych miast Polski. Nie zabrakło również orędzia Bronisława Komorowskiego, który zapewniał, że państwo będzie w stanie dalej funkcjonować. Wyborcza przedstawiła analizę prawną, która określała procedurę obejmowania stanowisk po ofiarach tragedii.
Informacja, która wyróżniała numer Gazety Wyborczej na tle dwóch pozostałych niedzielnych wydań specjalnych, to komentarz byłych prezydentów RP. Aleksander Kwaśniewski i Lech Wałęsa w wywiadach z dziennikarzami Gazety apelowali, aby szok po katastrofie smoleńskiej traktować jako naukę, która ma w przyszłości poprawić życie publiczne i debatę polityczną. Biorąc pod uwagę dobór treści, nacechowanie emocjonalne wspomnień, refleksji i sylwetek ofiar wydaje się, że numer specjalny Wyborczej miał na celu przede wszystkim nawoływanie do wspólnego, ponadpartyjnego łączenia się w bólu.
Taka miłość się nie zdarza
Dziennik Gazeta Prawna pierwsze strony numeru przeznaczyło na opisanie miłości jaka łączyła parę prezydencką. Artykuł „Jak dwie połówki” rozczulał i kazał myśleć o Lechu Kaczyńskim nie jako o prezydencie, ale przede wszystkim jako o przykładnym i kochającym mężu. Tekst informujący o nadzwyczajnych działaniach podjętych przez premiera Tuska i marszałka Komorowskiego wywoływał panikę i strach o kraj. Nagromadzenie wielkich kwantyfikatorów typu „zginęła cała elita”, „osierocone państwo” czy „intelektualny kwiat narodu” z pewnością mógł zostać odebrany jako brak profesjonalizmu dziennikarzy, którzy najszybciej powinni się otrząsnąć z tragedii i obiektywnie zacząć informować Polaków o stanie obecnym – czyli, że owszem, zginęła elita, ale nie cała, co oczywiście nie odbiera hołdu i szacunku dla tych, którzy zginęli.
Język religijny (pompatyczny) zestawiony z wypowiedziami duchownych nie wniósł najprawdopodobniej nic dobrego w sytuacji, gdzie naród dotknięty taką tragedią potrzebuje trzeźwej oceny, wsparcia i nadziei. Na szczęście artykuł informujący o stabilnej sytuacji wewnętrznej w Polsce (i o przejrzystym systemie przekazywania władzy na wypadek tego typu tragicznych okoliczności) nieznacznie, ale jednak, uspokaja spanikowanych Polaków, do których powoli dociera, że państwo mimo tragedii jest bezpieczne i ma przywództwo.
Dziennik, podobnie jak Gazeta Wyborcza, sugeruje, że przyczyną wypadku może być np. zmęczenie, nienajlepszy stan zdrowia pilota lub zły skład mieszanki paliwowej, nie zaś przestarzałe części techniczne samolotu. Nie ulega wątpliwości z kolei, że najwięcej miejsca w numerze poświęcono Polakom. Najbardziej poruszające wypowiedzi z ksiąg kondolencyjnych oraz wpisy w Internecie zostały zacytowane na łamach gazety. Reportaż z rozświetlonego zniczami Krakowskiego Przedmieścia przedstawił Polaków jako przykładnych patriotów i katolików, którzy z potrzeby serca składają hołd wszystkim ofiarom tragedii, a w szczególności prezydentowi i jego małżonce.
Dziennik, aby dowieść, że nie tylko rodacy, ale cały świat łączy się z Polską w bólu, zamieścił wypowiedzi Benedykta XVI, Angeli Merkel, Dmitrijewa Miedwiediewa i Władimira Putina, Baracka Obamy, Jose Barroso, Nocolas Sarkozy’iego, Gordona Brown’a, Vaclava Klausa oraz Wiktora Janukowycza. W wydaniu cytowane były również fragmenty tekstów o smoleńskiej katastrofie z „Le Figaro”, „Sueddeutche Zeitung”, „Tagesspiegel”, „The Guardian” i „Russia Today”. Wydanie specjalne Dziennik Gazeta Prawna w najbardziej klarowny sposób podsumowało działania władz i wszystkich instytucji, które zostały podjęte w obliczu obwieszczonej żałoby narodowej.
Ten sam anioł śmierci stanął na ich drodze
Wydanie specjalne Rzeczpospolitej nie stroniło od patetycznych cytatów i porównań do „drugiego Katynia”. Dawka emocjonalna w reportażach („Tupolew runął we mgle” czy „Puste krzesło prezydenta”) wywoływała u odbiorcy trwogę i poczucie policzkującej niesprawiedliwość wobec Polski. Liczba usterek, jakie miały Tupolewy, którymi zwykli latać polscy politycy była „przerażająca”, a maszyny były „wyekspoatowane”. Para prezydencka została ukazana jako skromne małżeństwo, które nie potrafiło przyzwyczaić się do życia z przepychem. Z kolei Lech Kaczyński w opinii dziennikarzy „uzdrowił Polskę” i był człowiekiem bez wad.
Większość tekstów w tym wydaniu Rzeczpospolitej charakteryzował pewien schemat. Najpierw torpedowano czytelnika dramatyczną reakcją (bliskich, polityków, dziennikarzy, reszty Polaków i świata) no to, co się stało. Następnie uspokajano przerażonego odbiorcę informacją, że podjęto odpowiednie działania i że paraliżu w zarządzaniu państwem nie będzie.
Wszystkie środki masowego przekazu w obliczu tragedii, która dotknęła 10. kwietnia nasz kraj zgodnie stworzyły atmosferę końca Polski oraz przeklętego fatum wokół Katynia. Media nie zdawały sobie sprawy, że rozpacz należy dozować, tylko wtedy będzie ona autentyczna. Dziennikarze, którzy przecież też mają prawo reagować emocjonalnie na bieżące wydarzenia, nie potrafili spełnić swojej zawodowej misji, która w tym wypadku powinna opierać się na terapeutycznym wsparciu Polaków, nie zaś na rozpętaniu zbiorowego lamentu.
Niedzielne (11.04.2010 r.) wydania specjalne dzienników „Gazeta Wyborcza”, „Rzeczpospolita” i „Dziennik Gazeta Prawna” wyróżniały spośród codziennych numerów sentymentalne refleksje przyjaciół ofiar, poruszające reportaże z miejsca zdarzenia i z uroczystości rocznicowej w Katyniu oraz próba wyjaśnienia przyczyn rozbicia samolotu rządowego Tu – 154. Każdy z dzienników precyzyjnie przedstawił dostępne mu informacje, co nie zmienia faktu, że wydania różniły się między sobą pod względem doboru treści, nacechowania emocjonalnego, wniosków, komentarzy, analizy i przesłania.
Katastrofa smoleńska ma być lekcją
Gazeta Wyborcza grała emocjami czytelników świadomie. Niedzielne wydanie specjalne rozpoczynał neutralny tekst opisujący jak doszło do rozbicia samolotu. Autor przedstawił parametry techniczne samolotu oraz w przystępny sposób zilustrował lądowanie. Z artykułu dotyczącego badania przyczyn katastrofy można było wywnioskować, że stan techniczny samolotu nie budził zastrzeżeń, a przyczynę rozbicia można upatrywać w decyzji pilota. Reportaże z miejsca wypadku oraz z przygotowań do uroczystości miały już na celu wywołanie u odbiorcy poczucia żalu, niesprawiedliwości i pustki. Najpierw opisywano radość tych, którzy dotarli na uroczystość przed czasem, by następnie skonfrontować ją z chwilą, kiedy obecni w lasku katyńskim dowiadują się o tragedii.
Wyborcza szczególnie skupiła się na stosunkach polsko – rosyjskich, o czym świadczą m.in.:
- cytowane orędzie telewizyjne prezydenta Rosji Dmitrijewa Miedwiediewa,
- akcentowanie pomocy ze strony Rosjan, by zmniejszyć straty moralne Polaków związane z tą katastrofą,
- relacja ze Smoleńska, która opisuje reakcje władz, mieszkańców i miejscowego biskupa prawosławnego.
Gazeta donosiła również o kondolencjach, które nadchodziły dla Polaków z całego świata, cytowała wypowiedzi prezydentów i przywódców większości państw, dokonała przeglądu najważniejszych dzienników na świecie. Bogato ilustrowane wydanie pokazywało msze żałobne, marsze pamięci oraz kolejki do ksiąg kondolencyjnych z głównych miast Polski. Nie zabrakło również orędzia Bronisława Komorowskiego, który zapewniał, że państwo będzie w stanie dalej funkcjonować. Wyborcza przedstawiła analizę prawną, która określała procedurę obejmowania stanowisk po ofiarach tragedii.
Informacja, która wyróżniała numer Gazety Wyborczej na tle dwóch pozostałych niedzielnych wydań specjalnych, to komentarz byłych prezydentów RP. Aleksander Kwaśniewski i Lech Wałęsa w wywiadach z dziennikarzami Gazety apelowali, aby szok po katastrofie smoleńskiej traktować jako naukę, która ma w przyszłości poprawić życie publiczne i debatę polityczną. Biorąc pod uwagę dobór treści, nacechowanie emocjonalne wspomnień, refleksji i sylwetek ofiar wydaje się, że numer specjalny Wyborczej miał na celu przede wszystkim nawoływanie do wspólnego, ponadpartyjnego łączenia się w bólu.
Taka miłość się nie zdarza
Dziennik Gazeta Prawna pierwsze strony numeru przeznaczyło na opisanie miłości jaka łączyła parę prezydencką. Artykuł „Jak dwie połówki” rozczulał i kazał myśleć o Lechu Kaczyńskim nie jako o prezydencie, ale przede wszystkim jako o przykładnym i kochającym mężu. Tekst informujący o nadzwyczajnych działaniach podjętych przez premiera Tuska i marszałka Komorowskiego wywoływał panikę i strach o kraj. Nagromadzenie wielkich kwantyfikatorów typu „zginęła cała elita”, „osierocone państwo” czy „intelektualny kwiat narodu” z pewnością mógł zostać odebrany jako brak profesjonalizmu dziennikarzy, którzy najszybciej powinni się otrząsnąć z tragedii i obiektywnie zacząć informować Polaków o stanie obecnym – czyli, że owszem, zginęła elita, ale nie cała, co oczywiście nie odbiera hołdu i szacunku dla tych, którzy zginęli.
Język religijny (pompatyczny) zestawiony z wypowiedziami duchownych nie wniósł najprawdopodobniej nic dobrego w sytuacji, gdzie naród dotknięty taką tragedią potrzebuje trzeźwej oceny, wsparcia i nadziei. Na szczęście artykuł informujący o stabilnej sytuacji wewnętrznej w Polsce (i o przejrzystym systemie przekazywania władzy na wypadek tego typu tragicznych okoliczności) nieznacznie, ale jednak, uspokaja spanikowanych Polaków, do których powoli dociera, że państwo mimo tragedii jest bezpieczne i ma przywództwo.
Dziennik, podobnie jak Gazeta Wyborcza, sugeruje, że przyczyną wypadku może być np. zmęczenie, nienajlepszy stan zdrowia pilota lub zły skład mieszanki paliwowej, nie zaś przestarzałe części techniczne samolotu. Nie ulega wątpliwości z kolei, że najwięcej miejsca w numerze poświęcono Polakom. Najbardziej poruszające wypowiedzi z ksiąg kondolencyjnych oraz wpisy w Internecie zostały zacytowane na łamach gazety. Reportaż z rozświetlonego zniczami Krakowskiego Przedmieścia przedstawił Polaków jako przykładnych patriotów i katolików, którzy z potrzeby serca składają hołd wszystkim ofiarom tragedii, a w szczególności prezydentowi i jego małżonce.
Dziennik, aby dowieść, że nie tylko rodacy, ale cały świat łączy się z Polską w bólu, zamieścił wypowiedzi Benedykta XVI, Angeli Merkel, Dmitrijewa Miedwiediewa i Władimira Putina, Baracka Obamy, Jose Barroso, Nocolas Sarkozy’iego, Gordona Brown’a, Vaclava Klausa oraz Wiktora Janukowycza. W wydaniu cytowane były również fragmenty tekstów o smoleńskiej katastrofie z „Le Figaro”, „Sueddeutche Zeitung”, „Tagesspiegel”, „The Guardian” i „Russia Today”. Wydanie specjalne Dziennik Gazeta Prawna w najbardziej klarowny sposób podsumowało działania władz i wszystkich instytucji, które zostały podjęte w obliczu obwieszczonej żałoby narodowej.
Ten sam anioł śmierci stanął na ich drodze
Wydanie specjalne Rzeczpospolitej nie stroniło od patetycznych cytatów i porównań do „drugiego Katynia”. Dawka emocjonalna w reportażach („Tupolew runął we mgle” czy „Puste krzesło prezydenta”) wywoływała u odbiorcy trwogę i poczucie policzkującej niesprawiedliwość wobec Polski. Liczba usterek, jakie miały Tupolewy, którymi zwykli latać polscy politycy była „przerażająca”, a maszyny były „wyekspoatowane”. Para prezydencka została ukazana jako skromne małżeństwo, które nie potrafiło przyzwyczaić się do życia z przepychem. Z kolei Lech Kaczyński w opinii dziennikarzy „uzdrowił Polskę” i był człowiekiem bez wad.
Większość tekstów w tym wydaniu Rzeczpospolitej charakteryzował pewien schemat. Najpierw torpedowano czytelnika dramatyczną reakcją (bliskich, polityków, dziennikarzy, reszty Polaków i świata) no to, co się stało. Następnie uspokajano przerażonego odbiorcę informacją, że podjęto odpowiednie działania i że paraliżu w zarządzaniu państwem nie będzie.
Wszystkie środki masowego przekazu w obliczu tragedii, która dotknęła 10. kwietnia nasz kraj zgodnie stworzyły atmosferę końca Polski oraz przeklętego fatum wokół Katynia. Media nie zdawały sobie sprawy, że rozpacz należy dozować, tylko wtedy będzie ona autentyczna. Dziennikarze, którzy przecież też mają prawo reagować emocjonalnie na bieżące wydarzenia, nie potrafili spełnić swojej zawodowej misji, która w tym wypadku powinna opierać się na terapeutycznym wsparciu Polaków, nie zaś na rozpętaniu zbiorowego lamentu.
Podpisy warte miliony
Dla kolekcjonerów autograf to nie tylko papier i atrament. To zatrzymana chwila, wspomnienie lub pamiątka okresu, w którym idol składał swój podpis. Obecnie zbieranie autografów to oprócz pasji również inwestycja, która przynosi stabilne zyski.
Hobby związane z kolekcjonowaniem autografów pojawiło się we Francji i Anglii 500 lat temu. Kolekcje podpisów znanych osobistości szybko zaczęto traktować również jako inwestycje. Pierwsza licytacja podpisu kardynała Richelieu odbyła się w Paryżu w 1801 roku. Rynek autografów zaczął się rozwijać do tego stopnia, że współcześnie na świecie funkcjonuje międzynarodowa organizacja PADA (Professional Autograph Dealers Association), regularnie wydawane są magazyny "Autograph Times", "Autograph Collector Magazine" oraz prężnie rozwijają się domy aukcyjne specjalizujące się tą formą handlu. Doradcy banków inwestycyjnych z całego świata uważają autografy za jedne z najlepiej rokujących inwestycji alternatywnych. Angielski dom aukcyjny Stanley Gibbons od roku 1997 analizuje wartość stu najbardziej poszukiwanych na świecie autografów. Należą do nich min. autografy członków Abby, Ala Pacino, Neila Armstronga, Marlona Brando, Alfreda Hitchcocka, Adolfa Hitlera, Napoleona czy Oscara Wilde'a. Fraser's 100 Autograph Indeks jest najważniejszym punktem odniesienia dla ludzi, którzy zdjęć z podpisami gwiazd nie wieszają na ścianach, tylko zamykają w sejfach. W latach 1997-2008 wartość tego indeksu wzrosła o 280%. Ekspansji na rynku autografów nie przeszkodził nawet światowy kryzys gospodarczy.
Lukratywny dodatek do portfolio
Brak korelacji podpisów gwiazd z giełdą to niewątpliwa zaleta autografów. W ciągu ostatniej dekady stały się one jednym z najciekawszych aktywów alternatywnych. W przypadku tej formy inwestycji jedynie emocje odgrywają decydującą rolę. W obliczu kryzysu zawiodła dywersyfikacja portfela akcji, a wzbogacanie portfolio inwestycyjnego o nieruchomości nie ratowało sytuacji. Nie zawiodły jednak aktywa typu alfa, czyli aktywa niepowiązane z giełdą. Indeks Fraser’s 100 nie załamał się, tylko niezmiennie wykazywał tendencję rosnącą (wykres powyżej). Autografy zaliczające się do aktywów typu alfa zainteresowały inwestorów do tego stopnia, że postanowili zdywersyfikować nimi swój portfel inwestycyjny i wykorzystywać je w celach taktycznych. – W zależności od wiedzy i umiejętności, inwestor mógł stać się aktywnym poszukiwaczem inwestycji alfa i nieefektywnych rynków lub wybrać pasywne podejście i oprzeć swoje portfolio na aktywach typu beta i pozwolić im dryfować na kształt zmian indeksu giełdowego – twierdzi Martin L. Leibowitz, dyrektor Morgan Stanley Equity Research.
Na chybił trafił
Inwestowanie w autografy wymaga od kolekcjonera znajomości rynku, wnikliwej analizy profilu cenowego konkretnej osoby, ale przede wszystkim dobrej intuicji. Analizując strukturę autografów o największym procentowym wzroście wartości (przedstawioną w tabeli obok) można stwierdzić, iż popularność autografów jest przypadkowa. Wyjątek stanowi autograf Neila Armstronga, którego wzrost wartości szacuje się na 1058 %. Jest on spowodowany rzadkością tego aktywa, która wynika z odmowy powielenia podpisu przez kosmonautę. Z kolei może zastanawiać wzrost wartości podpisu Fidela Castro (o ponad 1000%), który jest dwa razy większy niż Napoleona (500%) i trzy razy większy niż Martina Lutera Kinga (366%). Ten przykład zwraca uwagę inwestorów na przypadkowość tego zjawiska, która może wynikać z mody czy upodobań kolekcjonerów. Stanowi to istotną wadę inwestycji w ten typ aktywów typu alfa.
Z reguły większość inwestorów kolekcjonuje autografy kierując się własnymi pasjami i zainteresowaniami. Warto mieć jednak na uwadze, że najwyżej cenione są autografy o ograniczonej i nierosnącej podaży, czyli podpisy znanych postaci historycznych (takich jak wspomniany wyżej Fidel Castro, Kennedy czy Winston Churchill) czy zmarłych celebrytów (Michael Jackson czy Beatlesów). Punktami zwrotnymi, które wpływają na cenę aktywa może być premiera nowego filmu lub nagła śmierć gwiazdy (księżna Diana). Należy także zaznaczyć, że autografy to nie tylko same podpisy, ale także zdjęcia, listy, odręcznie podpisane dokumenty, manuskrypty i książki. Od dłuższego czasu coraz większą wartość zyskują memorabilia związane z postaciami historycznymi ze sfery polityki.
Zaletą tych inwestycji jest niewątpliwie relatywnie wysoka płynność na rynku tego aktywa. Obecnie przewiduje się, że działa na nim około 30 milionów kolekcjonerów. Autografy z reguły są kupowane za pośrednictwem dealerów aukcji internetowych lub aukcji organizowanych przez domy aukcyjne (jak Sotheby's czy Christie's). Coraz częściej podpisy znanych osobistości są wykupywane przez muzea, które są w stanie zapewnić lepsze warunki przechowywania autografów niż przeciętny inwestor – kolekcjoner. Niestety, aby najcenniejsze (czyli najstarsze) podpisy zachowały się bez skaz (które znacząco obniżyłyby ich wartość) trzeba zadbać o odpowiednią wilgotność, temperaturę i oświetlenie.
Co piąty – prawdziwy
To nie koniec problemów z „podpisem wartym miliony”. Jak mawia Joe Orlando, szef PSA/DNA Authentication Service: "Tam gdzie pojawia się chciwość, zawsze jest też oszustwo". FBI szacuje, że co piąty krążący po światowym rynku autograf może być sfałszowany. Większość transakcji dokonuje się na aukcjach (typu e-Bay) organizowanych przez internetowe galerie autografów, a ta forma handlu nie gwarantuje przecież autentyczności podpisu. Dlatego też godni zaufania sprzedawcy do autografu dołączają specjalny certyfikat zaświadczający o oryginalności.
Mimo iż ta konkretna forma inwestycji przyciąga nowych kolekcjonerów swoją stabilnością i odpornością na załamania giełdowe, trzeba zachować szczególną ostrożność. Opisana powyżej deregulacja rynku (która doprowadza do nadużyć), przypadkowość decydująca o wzroście wartości oraz wysokie koszty ekspertyzy i przechowywania powinny mieć znaczący wpływ na proporcje zachowywane podczas dywersyfikacji portfela inwestycyjnego. - Ponieważ tylko autografy starannie dobierane według kryterium wysokiej płynności, przebiegu cenowego oraz potwierdzenia autentyczności stosownym certyfikatem mogą być przedmiotem rekomendacji inwestycyjnych – mówi Krzysztof Maruszewski prezes Stilnovisti właściciela butiku inwestycyjnego DolceStilNovo.pl
Hobby związane z kolekcjonowaniem autografów pojawiło się we Francji i Anglii 500 lat temu. Kolekcje podpisów znanych osobistości szybko zaczęto traktować również jako inwestycje. Pierwsza licytacja podpisu kardynała Richelieu odbyła się w Paryżu w 1801 roku. Rynek autografów zaczął się rozwijać do tego stopnia, że współcześnie na świecie funkcjonuje międzynarodowa organizacja PADA (Professional Autograph Dealers Association), regularnie wydawane są magazyny "Autograph Times", "Autograph Collector Magazine" oraz prężnie rozwijają się domy aukcyjne specjalizujące się tą formą handlu. Doradcy banków inwestycyjnych z całego świata uważają autografy za jedne z najlepiej rokujących inwestycji alternatywnych. Angielski dom aukcyjny Stanley Gibbons od roku 1997 analizuje wartość stu najbardziej poszukiwanych na świecie autografów. Należą do nich min. autografy członków Abby, Ala Pacino, Neila Armstronga, Marlona Brando, Alfreda Hitchcocka, Adolfa Hitlera, Napoleona czy Oscara Wilde'a. Fraser's 100 Autograph Indeks jest najważniejszym punktem odniesienia dla ludzi, którzy zdjęć z podpisami gwiazd nie wieszają na ścianach, tylko zamykają w sejfach. W latach 1997-2008 wartość tego indeksu wzrosła o 280%. Ekspansji na rynku autografów nie przeszkodził nawet światowy kryzys gospodarczy.
Lukratywny dodatek do portfolio
Brak korelacji podpisów gwiazd z giełdą to niewątpliwa zaleta autografów. W ciągu ostatniej dekady stały się one jednym z najciekawszych aktywów alternatywnych. W przypadku tej formy inwestycji jedynie emocje odgrywają decydującą rolę. W obliczu kryzysu zawiodła dywersyfikacja portfela akcji, a wzbogacanie portfolio inwestycyjnego o nieruchomości nie ratowało sytuacji. Nie zawiodły jednak aktywa typu alfa, czyli aktywa niepowiązane z giełdą. Indeks Fraser’s 100 nie załamał się, tylko niezmiennie wykazywał tendencję rosnącą (wykres powyżej). Autografy zaliczające się do aktywów typu alfa zainteresowały inwestorów do tego stopnia, że postanowili zdywersyfikować nimi swój portfel inwestycyjny i wykorzystywać je w celach taktycznych. – W zależności od wiedzy i umiejętności, inwestor mógł stać się aktywnym poszukiwaczem inwestycji alfa i nieefektywnych rynków lub wybrać pasywne podejście i oprzeć swoje portfolio na aktywach typu beta i pozwolić im dryfować na kształt zmian indeksu giełdowego – twierdzi Martin L. Leibowitz, dyrektor Morgan Stanley Equity Research.
Na chybił trafił
Inwestowanie w autografy wymaga od kolekcjonera znajomości rynku, wnikliwej analizy profilu cenowego konkretnej osoby, ale przede wszystkim dobrej intuicji. Analizując strukturę autografów o największym procentowym wzroście wartości (przedstawioną w tabeli obok) można stwierdzić, iż popularność autografów jest przypadkowa. Wyjątek stanowi autograf Neila Armstronga, którego wzrost wartości szacuje się na 1058 %. Jest on spowodowany rzadkością tego aktywa, która wynika z odmowy powielenia podpisu przez kosmonautę. Z kolei może zastanawiać wzrost wartości podpisu Fidela Castro (o ponad 1000%), który jest dwa razy większy niż Napoleona (500%) i trzy razy większy niż Martina Lutera Kinga (366%). Ten przykład zwraca uwagę inwestorów na przypadkowość tego zjawiska, która może wynikać z mody czy upodobań kolekcjonerów. Stanowi to istotną wadę inwestycji w ten typ aktywów typu alfa.
Z reguły większość inwestorów kolekcjonuje autografy kierując się własnymi pasjami i zainteresowaniami. Warto mieć jednak na uwadze, że najwyżej cenione są autografy o ograniczonej i nierosnącej podaży, czyli podpisy znanych postaci historycznych (takich jak wspomniany wyżej Fidel Castro, Kennedy czy Winston Churchill) czy zmarłych celebrytów (Michael Jackson czy Beatlesów). Punktami zwrotnymi, które wpływają na cenę aktywa może być premiera nowego filmu lub nagła śmierć gwiazdy (księżna Diana). Należy także zaznaczyć, że autografy to nie tylko same podpisy, ale także zdjęcia, listy, odręcznie podpisane dokumenty, manuskrypty i książki. Od dłuższego czasu coraz większą wartość zyskują memorabilia związane z postaciami historycznymi ze sfery polityki.
Zaletą tych inwestycji jest niewątpliwie relatywnie wysoka płynność na rynku tego aktywa. Obecnie przewiduje się, że działa na nim około 30 milionów kolekcjonerów. Autografy z reguły są kupowane za pośrednictwem dealerów aukcji internetowych lub aukcji organizowanych przez domy aukcyjne (jak Sotheby's czy Christie's). Coraz częściej podpisy znanych osobistości są wykupywane przez muzea, które są w stanie zapewnić lepsze warunki przechowywania autografów niż przeciętny inwestor – kolekcjoner. Niestety, aby najcenniejsze (czyli najstarsze) podpisy zachowały się bez skaz (które znacząco obniżyłyby ich wartość) trzeba zadbać o odpowiednią wilgotność, temperaturę i oświetlenie.
Co piąty – prawdziwy
To nie koniec problemów z „podpisem wartym miliony”. Jak mawia Joe Orlando, szef PSA/DNA Authentication Service: "Tam gdzie pojawia się chciwość, zawsze jest też oszustwo". FBI szacuje, że co piąty krążący po światowym rynku autograf może być sfałszowany. Większość transakcji dokonuje się na aukcjach (typu e-Bay) organizowanych przez internetowe galerie autografów, a ta forma handlu nie gwarantuje przecież autentyczności podpisu. Dlatego też godni zaufania sprzedawcy do autografu dołączają specjalny certyfikat zaświadczający o oryginalności.
Mimo iż ta konkretna forma inwestycji przyciąga nowych kolekcjonerów swoją stabilnością i odpornością na załamania giełdowe, trzeba zachować szczególną ostrożność. Opisana powyżej deregulacja rynku (która doprowadza do nadużyć), przypadkowość decydująca o wzroście wartości oraz wysokie koszty ekspertyzy i przechowywania powinny mieć znaczący wpływ na proporcje zachowywane podczas dywersyfikacji portfela inwestycyjnego. - Ponieważ tylko autografy starannie dobierane według kryterium wysokiej płynności, przebiegu cenowego oraz potwierdzenia autentyczności stosownym certyfikatem mogą być przedmiotem rekomendacji inwestycyjnych – mówi Krzysztof Maruszewski prezes Stilnovisti właściciela butiku inwestycyjnego DolceStilNovo.pl
Mistrzowie i dwie strony ich medalu
Mieli talent do sportu i do biznesu. Kariera sportowa była sensem ich młodości, później- źródłem inspiracji i dochodów. Oto najsłynniejsi za Langiem, Wszołą i Czerkawskim polscy biznesmeni z medalami.
Były mistrz świata w kajakarstwie górskim oraz jedenastokrotny mistrz Polski Ryszard Seruga dziś nadal wierzy, że z igrzysk przywiezie medale. Nic w tym dziwnego, skoro ponad połowa wśród kajakarzy startujących w olimpiadach pływa na łódkach jego projektu, produkowanych w rodzinnej firmie Plastex na Żeraniu. Najlepsze na świecie kajaki i kanadyjki sprawiają, że na Żerań przyjeżdża cała czołówka światowych zawodników.
Seruga pierwsze łodzie konstruował w garażu w Markach już w 1984 r. Jego umiejętności docenił niemiecki właściciel znanej fabryki kajaków i kanadyjek- Klaus Lettmann. Pracodawca Serugi nie był jednak zainteresowany otwieraniem przedstawicielstwa w Polsce, a pomysły ambitnego Polaka nie przemawiały również do Petera Sorensena, którego rodzina od trzech pokoleń produkowała łodzie dla zawodowców. Seruga upierając się, że to właśnie żywica epoksydowa, karbon i kevlar, a nie drewno i sklejka cedrowa zrewolucjonizują wkrótce kajakarstwo, rzucił kierownictwo w niemieckiej firmie i postanowił w 1994 roku razem z żoną Magdaleną założyć Plastex. Jako pierwszy zaczął robić łodzie z kompozytów. Wykorzystywał surowce z których robi się skrzydła do myśliwców i części statków kosmicznych. Dzięki innowacyjnym pomysłom i odważnym zmianom w projektach teraz to Niemcy gonią Serugę. - Żeby doścignąć technologicznie nasze łódki, przed igrzyskami w Sydney wydali gigantyczne pieniądze - 5 mln euro. I zrobili za to 20 łódek. Nasze kosztują 2-3 tys. euro – opowiada Stanisław Rybakowski, przez 17 lat trener kadry polskich kajakarzy, teraz pracownik firmy Plastex.
Na ostatnich mistrzostwach świata reprezentanci Białorusi zdobyli na plastexach siedem złotych medali, a w klasie kanadyjek 17 z 21 medalistów startowało na sprzęcie z Żerania. Dziś na najdroższych kajakach Serugi pływają najlepsi zawodnicy Chin, Niemiec, Kanady, Węgier i oczywiście Polski. Przynoszący obroty rzędu 2 mln euro i 25 proc. rentowność Plastex, obok portugalskiego Nelo i słowackiej Vajdy, jest liderem wśród przedsiębiorstw w swojej niszy.
Życie dla pierwszego mistrza Polski w snowboardzie napisało podobny scenariusz. Pod koniec lat 90. Dariusz Rosiak wystartował nie w zawodach, ale jako przedsiębiorca. Konstruując w garażu swoją pierwszą deskę do zjazdów po śniegu, przekonał się o swojej innowacyjnej żyłce i jednocześnie uświadomił sobie, że snowboarding to nie tylko jego pasja, ale również idealne miejsce w biznesie. Dlatego też, Rosiak postawił wszystko na jedną kartę – sprzedał rozlewnię win i kupił linię do produkcji nart, nadającą się do montażu snowboardu. Podobnie jak Seruga, był specjalistą od kompozytów. W swojej fabryce Nobile w Bielsko - Białej skonstruował pierwsze polskie deski snowboardowe, które zabrał potem na targi sportów zimowych ISPO w Monachium. Chodził od stoiska do stoiska szukając kontrahentów. Wierzył, że ma efektowny, wysokiej jakości produkt wyróżniający się konkurencyjną wobec zachodnich firm ceną. – Nie myliłem się - po stu metrach miałem sprzedaną całą roczną produkcję - wspomina Rosiak. Snowboardzista podpisał umowę z niemiecką firmą Gaspo, która nie nadążała z zamówieniami. Wykonał dla niej 19 tys. desek.
Kolejne ISPO przyniosło Nobile nowe kontrakty i wyzwania. Firma Fanatic, należąca obecnie do Boards & More, poszukiwała fabryki, która podołałaby produkcji desek w najnowszej technologii Honeycomb (w konstrukcji snowboardu stosuje się strukturę plastra miodu). Prototyp udał się Rosiakowi za pierwszym razem, co zaowocowało wieloletnią współpracą z Fanaticiem. Szybko i sprawnie deski tej marki zaczęły wypierać z rynków amerykańskiego Burtona, który zdając sobie sprawę z potencjału Nobile złożył Rosiakowi lukratywną ofertę. Dzięki zamówieniom Amerykanów, sięgającym 80 tys. desek snowboardowych rocznie, Dariusz Rosiak rozbudował fabrykę i wdrożył najnowocześniejsze technologie.
Obecnie snowboard stanowi 70 proc. produkcji Nobile, ale 90 proc. zysku dostarcza mu sprzedaż ekskluzywnych desek kiteboardowych, na którym firma uzyskuje marże 30-, 60-proc. - do 10 razy wyższe niż przy deskach snowboardowych. – Kitesurferzy i branżowe pisma uważają sprzęt Nobile za najlepszy na świecie - mówi Łukasz Ceran z Diverse Extreme Team, mistrz Polski w kitesurfingu w 2006 roku. Deski Nobile biją konkurentów innowacyjnością i wyczynową skutecznością. Co więcej, wielokrotny mistrz świata w kiteboardingu Mark Shinn zaproponował firmie z Bielska - Białej produkcję desek sygnowanych swoim nazwiskiem. Dziś Shinn reprezentuje Nobile na największych targach sportowych na świecie oraz jest brand managerem u Rosiaka. Deski sygnowane jego nazwiskiem to najwyższa półka – kosztują przeciętnie 850 euro.
W biznesie jest jak w sporcie. - Kiedy przełamiesz jedną barierę, musisz zaatakować następną - tak Rosiak tłumaczy swoją nową inwestycję – produkcję nart przeznaczonych do freestylu i freeride'u, czyli jazdy poza wyznaczonymi trasami. Z kolei najbliższe plany Plastexu to zrewolucjonizowanie rynku wioślarskiego. Głowa Ryszarda Serugi jest pełna pomysłów. – Nie ma więc na co czekać. Świat ustawia się do nas w kolejce- dumnie przyznaje biznesmen
Były mistrz świata w kajakarstwie górskim oraz jedenastokrotny mistrz Polski Ryszard Seruga dziś nadal wierzy, że z igrzysk przywiezie medale. Nic w tym dziwnego, skoro ponad połowa wśród kajakarzy startujących w olimpiadach pływa na łódkach jego projektu, produkowanych w rodzinnej firmie Plastex na Żeraniu. Najlepsze na świecie kajaki i kanadyjki sprawiają, że na Żerań przyjeżdża cała czołówka światowych zawodników.
Seruga pierwsze łodzie konstruował w garażu w Markach już w 1984 r. Jego umiejętności docenił niemiecki właściciel znanej fabryki kajaków i kanadyjek- Klaus Lettmann. Pracodawca Serugi nie był jednak zainteresowany otwieraniem przedstawicielstwa w Polsce, a pomysły ambitnego Polaka nie przemawiały również do Petera Sorensena, którego rodzina od trzech pokoleń produkowała łodzie dla zawodowców. Seruga upierając się, że to właśnie żywica epoksydowa, karbon i kevlar, a nie drewno i sklejka cedrowa zrewolucjonizują wkrótce kajakarstwo, rzucił kierownictwo w niemieckiej firmie i postanowił w 1994 roku razem z żoną Magdaleną założyć Plastex. Jako pierwszy zaczął robić łodzie z kompozytów. Wykorzystywał surowce z których robi się skrzydła do myśliwców i części statków kosmicznych. Dzięki innowacyjnym pomysłom i odważnym zmianom w projektach teraz to Niemcy gonią Serugę. - Żeby doścignąć technologicznie nasze łódki, przed igrzyskami w Sydney wydali gigantyczne pieniądze - 5 mln euro. I zrobili za to 20 łódek. Nasze kosztują 2-3 tys. euro – opowiada Stanisław Rybakowski, przez 17 lat trener kadry polskich kajakarzy, teraz pracownik firmy Plastex.
Na ostatnich mistrzostwach świata reprezentanci Białorusi zdobyli na plastexach siedem złotych medali, a w klasie kanadyjek 17 z 21 medalistów startowało na sprzęcie z Żerania. Dziś na najdroższych kajakach Serugi pływają najlepsi zawodnicy Chin, Niemiec, Kanady, Węgier i oczywiście Polski. Przynoszący obroty rzędu 2 mln euro i 25 proc. rentowność Plastex, obok portugalskiego Nelo i słowackiej Vajdy, jest liderem wśród przedsiębiorstw w swojej niszy.
Życie dla pierwszego mistrza Polski w snowboardzie napisało podobny scenariusz. Pod koniec lat 90. Dariusz Rosiak wystartował nie w zawodach, ale jako przedsiębiorca. Konstruując w garażu swoją pierwszą deskę do zjazdów po śniegu, przekonał się o swojej innowacyjnej żyłce i jednocześnie uświadomił sobie, że snowboarding to nie tylko jego pasja, ale również idealne miejsce w biznesie. Dlatego też, Rosiak postawił wszystko na jedną kartę – sprzedał rozlewnię win i kupił linię do produkcji nart, nadającą się do montażu snowboardu. Podobnie jak Seruga, był specjalistą od kompozytów. W swojej fabryce Nobile w Bielsko - Białej skonstruował pierwsze polskie deski snowboardowe, które zabrał potem na targi sportów zimowych ISPO w Monachium. Chodził od stoiska do stoiska szukając kontrahentów. Wierzył, że ma efektowny, wysokiej jakości produkt wyróżniający się konkurencyjną wobec zachodnich firm ceną. – Nie myliłem się - po stu metrach miałem sprzedaną całą roczną produkcję - wspomina Rosiak. Snowboardzista podpisał umowę z niemiecką firmą Gaspo, która nie nadążała z zamówieniami. Wykonał dla niej 19 tys. desek.
Kolejne ISPO przyniosło Nobile nowe kontrakty i wyzwania. Firma Fanatic, należąca obecnie do Boards & More, poszukiwała fabryki, która podołałaby produkcji desek w najnowszej technologii Honeycomb (w konstrukcji snowboardu stosuje się strukturę plastra miodu). Prototyp udał się Rosiakowi za pierwszym razem, co zaowocowało wieloletnią współpracą z Fanaticiem. Szybko i sprawnie deski tej marki zaczęły wypierać z rynków amerykańskiego Burtona, który zdając sobie sprawę z potencjału Nobile złożył Rosiakowi lukratywną ofertę. Dzięki zamówieniom Amerykanów, sięgającym 80 tys. desek snowboardowych rocznie, Dariusz Rosiak rozbudował fabrykę i wdrożył najnowocześniejsze technologie.
Obecnie snowboard stanowi 70 proc. produkcji Nobile, ale 90 proc. zysku dostarcza mu sprzedaż ekskluzywnych desek kiteboardowych, na którym firma uzyskuje marże 30-, 60-proc. - do 10 razy wyższe niż przy deskach snowboardowych. – Kitesurferzy i branżowe pisma uważają sprzęt Nobile za najlepszy na świecie - mówi Łukasz Ceran z Diverse Extreme Team, mistrz Polski w kitesurfingu w 2006 roku. Deski Nobile biją konkurentów innowacyjnością i wyczynową skutecznością. Co więcej, wielokrotny mistrz świata w kiteboardingu Mark Shinn zaproponował firmie z Bielska - Białej produkcję desek sygnowanych swoim nazwiskiem. Dziś Shinn reprezentuje Nobile na największych targach sportowych na świecie oraz jest brand managerem u Rosiaka. Deski sygnowane jego nazwiskiem to najwyższa półka – kosztują przeciętnie 850 euro.
W biznesie jest jak w sporcie. - Kiedy przełamiesz jedną barierę, musisz zaatakować następną - tak Rosiak tłumaczy swoją nową inwestycję – produkcję nart przeznaczonych do freestylu i freeride'u, czyli jazdy poza wyznaczonymi trasami. Z kolei najbliższe plany Plastexu to zrewolucjonizowanie rynku wioślarskiego. Głowa Ryszarda Serugi jest pełna pomysłów. – Nie ma więc na co czekać. Świat ustawia się do nas w kolejce- dumnie przyznaje biznesmen
Zawód też ma płeć?
W polskich urzędach pracują głównie kobiety, mężczyźni preferują prywatny biznes. Na stanowiskach specjalistycznych, wymagających fachowej wiedzy pracuje ¾ Polek. Kobiety chcą rządzić innymi, mężczyźni wolą być szefem tylko dla siebie. Przyjrzyjmy się zatem z czego wynikają tendencje na polskim rynku pracy.
Urzędnik to kobieta
Księgowość, audyt i podatki to pożądane miejsca pracy najczęściej przez kobiety. Polskie urzędy są silnie sfeminizowane – pracuje w nich zaledwie 30 % mężczyzn. Tymczasem w większości krajów należących do OECD w urzędach występuje parytet. Najwięcej mężczyzn w administracji zatrudnia Turcja – aż 90 %, niewiele mniej Japonia i Niemcy – około 80 %. Przyczyn sfeminizowania polskiej administracji jest wiele. Zdaniem profesora Zdzisława Czajki z Instytutu Pracy i Spraw Socjalnych, jedną z nich są uwarunkowania historyczne. – Ponieważ w czasach PRL wzrosło zapotrzebowanie na mężczyzn w przemyśle i budownictwie, to kobiety musiały zająć się pracą w urzędach – tłumaczy profesor. Przemysł i budownictwo wymagały konkretnych kwalifikacji, natomiast do końca lat 70., aby zostać urzędnikiem wystarczyło wykształcenie średnie. Ponadto, praca w administracji umożliwia bezproblemowe pogodzenie kariery zawodowej z obowiązkami rodzinnymi. Sztywne godziny pracy, w pełni respektowane uprawnienia macierzyńskie oraz stałe płace sprawiają, że administracja wydaje się być bardziej przyjazna i otwarta dla przedstawicielek płci pięknej. Według ekspertów, feminizacja pewnych środowisk pracy (służba zdrowia, human resources, doradztwo personalne) nie ma negatywnych skutków. Zagrożeniem mogą być jednak dysproporcje wiekowe wśród ogółu pracowników. Zdarza się bowiem, że w jednym wydziale pracują tylko młode osoby, które nie mają doświadczenia, a w drugim same starsze, którym z kolei brakuje elastyczności.
W różowych okularach
Logistyka, budownictwo, energetyka i programowanie to zawody pożądane w 90 % przez mężczyzn. Sektor prywatny kusi przede wszystkim panów. Kobiety cenią sobie stabilność i bezpieczeństwo. Jak zauważa Robert Sobiech z Uniwersytetu Warszawskiego mężczyźni są skłonni do większego zaangażowania, wysiłku i ryzyka. - Częściej zostają po godzinach i dwa razy chętniej godzą się na zmianę miejsca zamieszkania na inny rejon Polski, jeśli otrzymaliby atrakcyjną ofertę pracy – dodaje. Co więcej, eksperci są zdania, że panowie są większymi optymistami. Zamiast stałych płac na wstępie, wolą cierpliwie poczekać, aż biznes się rozkręci i zaowocuje nieproporcjonalnie większym wynagrodzeniem niż w sektorze publicznym.
Strong women
Z danych Kancelarii Prezesa Rady Ministrów wynika, że 38 % stanowisk kierowniczych zajmują kobiety. Tym samym okazuje się, że w Polsce w porównaniu z wszystkim krajami OECD mamy najwięcej szefowych. W Portugalii odsetek ten wynosi 34 %, na kolejnych miejscach plasuje się Szwecja i Finlandia. Co ciekawe, o sile nie tylko psychicznej, ale również fizycznej Polek świadczy fakt, że wśród pracowników ochrony jest aż 15% pań. Wbrew pozorom płeć „słabsza” nie stroni również od pracy fizycznej czy produkcji.
Fifty - fifty
- Wydaje się, że kobiety zdecydowanie bardziej stawiają na zawody, w których istotne są relacje międzyludzkie, jak również precyzja i dbałość o szczegóły. Jednak czas definiowania zawodów jako „typowo męskie” i „typowo kobiece” mamy już za sobą- mówi Przemysław Gacek, prezes zarządu Grupy Pracuj, do której należy portal Pracuj.pl. Oczywisty jest fakt, że zmiany zachodzące w polskim społeczeństwie, jak również potrzeby rozwijającej się gospodarki wymagają elastyczności – począwszy od wyboru kierunku kształcenia, a potem zawodu i podjęcia pracy. Wybór ten dotyczy wszystkich, bez względu na płeć. I tak, duże zapotrzebowanie na inżynierów i specjalistów w branży IT z pewnością będzie skutkowało wzrostem ilości kobiet zatrudnionych jako kierowniczki budowy czy programistki. Poza tym, ze względu na kampanie promujące zamawiane kierunki techniczne, liczba kobiet w kiedyś stricte „męskich zawodach” będzie rosła.
Urzędnik to kobieta
Księgowość, audyt i podatki to pożądane miejsca pracy najczęściej przez kobiety. Polskie urzędy są silnie sfeminizowane – pracuje w nich zaledwie 30 % mężczyzn. Tymczasem w większości krajów należących do OECD w urzędach występuje parytet. Najwięcej mężczyzn w administracji zatrudnia Turcja – aż 90 %, niewiele mniej Japonia i Niemcy – około 80 %. Przyczyn sfeminizowania polskiej administracji jest wiele. Zdaniem profesora Zdzisława Czajki z Instytutu Pracy i Spraw Socjalnych, jedną z nich są uwarunkowania historyczne. – Ponieważ w czasach PRL wzrosło zapotrzebowanie na mężczyzn w przemyśle i budownictwie, to kobiety musiały zająć się pracą w urzędach – tłumaczy profesor. Przemysł i budownictwo wymagały konkretnych kwalifikacji, natomiast do końca lat 70., aby zostać urzędnikiem wystarczyło wykształcenie średnie. Ponadto, praca w administracji umożliwia bezproblemowe pogodzenie kariery zawodowej z obowiązkami rodzinnymi. Sztywne godziny pracy, w pełni respektowane uprawnienia macierzyńskie oraz stałe płace sprawiają, że administracja wydaje się być bardziej przyjazna i otwarta dla przedstawicielek płci pięknej. Według ekspertów, feminizacja pewnych środowisk pracy (służba zdrowia, human resources, doradztwo personalne) nie ma negatywnych skutków. Zagrożeniem mogą być jednak dysproporcje wiekowe wśród ogółu pracowników. Zdarza się bowiem, że w jednym wydziale pracują tylko młode osoby, które nie mają doświadczenia, a w drugim same starsze, którym z kolei brakuje elastyczności.
W różowych okularach
Logistyka, budownictwo, energetyka i programowanie to zawody pożądane w 90 % przez mężczyzn. Sektor prywatny kusi przede wszystkim panów. Kobiety cenią sobie stabilność i bezpieczeństwo. Jak zauważa Robert Sobiech z Uniwersytetu Warszawskiego mężczyźni są skłonni do większego zaangażowania, wysiłku i ryzyka. - Częściej zostają po godzinach i dwa razy chętniej godzą się na zmianę miejsca zamieszkania na inny rejon Polski, jeśli otrzymaliby atrakcyjną ofertę pracy – dodaje. Co więcej, eksperci są zdania, że panowie są większymi optymistami. Zamiast stałych płac na wstępie, wolą cierpliwie poczekać, aż biznes się rozkręci i zaowocuje nieproporcjonalnie większym wynagrodzeniem niż w sektorze publicznym.
Strong women
Z danych Kancelarii Prezesa Rady Ministrów wynika, że 38 % stanowisk kierowniczych zajmują kobiety. Tym samym okazuje się, że w Polsce w porównaniu z wszystkim krajami OECD mamy najwięcej szefowych. W Portugalii odsetek ten wynosi 34 %, na kolejnych miejscach plasuje się Szwecja i Finlandia. Co ciekawe, o sile nie tylko psychicznej, ale również fizycznej Polek świadczy fakt, że wśród pracowników ochrony jest aż 15% pań. Wbrew pozorom płeć „słabsza” nie stroni również od pracy fizycznej czy produkcji.
Fifty - fifty
- Wydaje się, że kobiety zdecydowanie bardziej stawiają na zawody, w których istotne są relacje międzyludzkie, jak również precyzja i dbałość o szczegóły. Jednak czas definiowania zawodów jako „typowo męskie” i „typowo kobiece” mamy już za sobą- mówi Przemysław Gacek, prezes zarządu Grupy Pracuj, do której należy portal Pracuj.pl. Oczywisty jest fakt, że zmiany zachodzące w polskim społeczeństwie, jak również potrzeby rozwijającej się gospodarki wymagają elastyczności – począwszy od wyboru kierunku kształcenia, a potem zawodu i podjęcia pracy. Wybór ten dotyczy wszystkich, bez względu na płeć. I tak, duże zapotrzebowanie na inżynierów i specjalistów w branży IT z pewnością będzie skutkowało wzrostem ilości kobiet zatrudnionych jako kierowniczki budowy czy programistki. Poza tym, ze względu na kampanie promujące zamawiane kierunki techniczne, liczba kobiet w kiedyś stricte „męskich zawodach” będzie rosła.
Śmiertelne żniwo świńskiej grypy
Mamy wredną jesień, typowe infekcje i jeszcze to bombardowanie ze wschodu wieściami o grypie-zabójcy. Media przekonane o tym, że lubimy chaos oraz siejące strach i panikę opinie, serwują nam bezlitośnie coraz bardziej bulwersującą dawkę informacji. Polacy otumanieni faktami (blisko 200 rodaków zakażonych wirusem A/H1N1, 441 tysięcy zakażonych na całym świecie, ukraińskie ministerstwo zdrowia jeszcze się nie doliczyło) już sami nie wiedzą- szczepić się czy nie?
Negocjacje rządu w sprawie zakupu szczepionki nabierają tempa, internauci szaleją, apteki zarabiają, politycy pchają się przed kamery wtrącając swoje marne trzy grosze. Wiceminister zdrowia Adam Fronczak nie chce by ciągnięto go za język, jednocześnie ogłaszając, że po podaniu szczepionki zmarły cztery osoby (co okazało się zresztą nieprawdą). Na szczęście, minister zdrowia Ewa Kopacz jeszcze trzeźwo myśli, logicznie się wypowiada i nie poddaje się populistycznej presji zakupu szczepionek. Cała reszta niestety odzwyczaiła się używać swojego własnego (niezdrowego już) rozsądku. Śmiem sądzić, że to właśnie stanowi rzeczywiste niebezpieczeństwo, istną katastrofę. Polityka i media uzurpują sobie prawo do przestawiania nam w głowach na swój użytek, a my- niczym pacynki- wybałuszamy oczka i spuszczamy główki z bezsilności.
Kochani Polacy, przyjmijmy do wiadomości, że najmodniejsze słowo sezonu- grypa- to zespół objawów chorobowych, które wywołują wirusy zbliżone do siebie, acz różniące się antygenowo. Wyróżniamy różnego rodzaju wirusy- typu A, B, wirusy paragrypy oraz ten nowy przeklęty wirus A/H1N1. Grypa prześladowała nas od zawsze, w 2005 roku zachorowało dwa razy więcej osób niż teraz, w 2003 roku- prawie trzy razy więcej. Rocznie na grypę choruje ponad miliard ludzi na świecie- umiera około miliona. Farmaceutyczny rynek o tym wie, dlatego gromadzi leki w hurtowniach i zastanawia się- kto da drożej.
Negocjacje rządu w sprawie zakupu szczepionki nabierają tempa, internauci szaleją, apteki zarabiają, politycy pchają się przed kamery wtrącając swoje marne trzy grosze. Wiceminister zdrowia Adam Fronczak nie chce by ciągnięto go za język, jednocześnie ogłaszając, że po podaniu szczepionki zmarły cztery osoby (co okazało się zresztą nieprawdą). Na szczęście, minister zdrowia Ewa Kopacz jeszcze trzeźwo myśli, logicznie się wypowiada i nie poddaje się populistycznej presji zakupu szczepionek. Cała reszta niestety odzwyczaiła się używać swojego własnego (niezdrowego już) rozsądku. Śmiem sądzić, że to właśnie stanowi rzeczywiste niebezpieczeństwo, istną katastrofę. Polityka i media uzurpują sobie prawo do przestawiania nam w głowach na swój użytek, a my- niczym pacynki- wybałuszamy oczka i spuszczamy główki z bezsilności.
Kochani Polacy, przyjmijmy do wiadomości, że najmodniejsze słowo sezonu- grypa- to zespół objawów chorobowych, które wywołują wirusy zbliżone do siebie, acz różniące się antygenowo. Wyróżniamy różnego rodzaju wirusy- typu A, B, wirusy paragrypy oraz ten nowy przeklęty wirus A/H1N1. Grypa prześladowała nas od zawsze, w 2005 roku zachorowało dwa razy więcej osób niż teraz, w 2003 roku- prawie trzy razy więcej. Rocznie na grypę choruje ponad miliard ludzi na świecie- umiera około miliona. Farmaceutyczny rynek o tym wie, dlatego gromadzi leki w hurtowniach i zastanawia się- kto da drożej.
Świrująca ekonomia, czyli świat od podszewki?
Pomysł na bestseller? Napisać o gospodarce inaczej niż akademiccy naukowcy. Tak, by wyjaśnienie zależności ekonomiczno- społecznych było dowcipne i nieortodoksyjne. Zupełnie jak w książce Stevena D. Levitta i Stephena J. Dubnera „Freakonomia”, która porusza niekonwencjonalne tematy, stawia zaskakujące tezy i mistrzowsko obala kolejne stereotypy.
Przyzwyczailiśmy się, że wartościowa książka o tematyce gospodarczej przebiega według określonego schematu. Kadra akademicka i pilni studenci oczekują klarownej myśli przewodniej oraz uporządkowanych, popartych wykresami lub wzorami wywodów. Najlepiej, aby pozycja ta rozwiewała nurtujące ekonomistów pytania i wiązała się ze wzrostem gospodarczym, innowacyjnością lub modną od zawsze racjonalizacją ekonomiczną. „Freakonomii” nie można porównać z żadną książką o ekonomii. Mimo, że brakuje wiodącego tematu, a treść sprowadza się do popularnonaukowych wywodów z kilku badań statystycznych przeprowadzonych u Amerykanów- amerykański bestseller zaskakuje nietuzinkowością. Konwencja sprowadza się bowiem do odkrywania „drugiego dna wszystkiego”.
Każdy z nas obserwuje świat i próbuje zrozumieć rządzące nim zasady. Dlaczego eksperci rutynowo fałszują statystyki? Dlaczego powszechne przekonania są często błędne? Tylko nieliczni podejmują się karkołomnego wyzwania zbadania ludzkich motywów. Autorzy odważnie stawiają zagadkowe hipotezy, by potem zweryfikować je przy pomocy typowych narzędzi ekonomicznych. Przedstawione dowody (nie mniej naukowe niż w podręcznikach)- uczą czytelnika wnioskować i kwestionować rzeczywistość, statystyki- dostrzegać co się kryje za liczbami.
Efekt współpracy Stephena J.Dubnera- publicysty m.in. „New York Timesa” i ekonomisty młodego pokolenia Stevena D.Levitta gwarantuje intelektualną zabawę, jednocześnie stanowiąc źródło przydatnej wiedzy.
Przyzwyczailiśmy się, że wartościowa książka o tematyce gospodarczej przebiega według określonego schematu. Kadra akademicka i pilni studenci oczekują klarownej myśli przewodniej oraz uporządkowanych, popartych wykresami lub wzorami wywodów. Najlepiej, aby pozycja ta rozwiewała nurtujące ekonomistów pytania i wiązała się ze wzrostem gospodarczym, innowacyjnością lub modną od zawsze racjonalizacją ekonomiczną. „Freakonomii” nie można porównać z żadną książką o ekonomii. Mimo, że brakuje wiodącego tematu, a treść sprowadza się do popularnonaukowych wywodów z kilku badań statystycznych przeprowadzonych u Amerykanów- amerykański bestseller zaskakuje nietuzinkowością. Konwencja sprowadza się bowiem do odkrywania „drugiego dna wszystkiego”.
Każdy z nas obserwuje świat i próbuje zrozumieć rządzące nim zasady. Dlaczego eksperci rutynowo fałszują statystyki? Dlaczego powszechne przekonania są często błędne? Tylko nieliczni podejmują się karkołomnego wyzwania zbadania ludzkich motywów. Autorzy odważnie stawiają zagadkowe hipotezy, by potem zweryfikować je przy pomocy typowych narzędzi ekonomicznych. Przedstawione dowody (nie mniej naukowe niż w podręcznikach)- uczą czytelnika wnioskować i kwestionować rzeczywistość, statystyki- dostrzegać co się kryje za liczbami.
Efekt współpracy Stephena J.Dubnera- publicysty m.in. „New York Timesa” i ekonomisty młodego pokolenia Stevena D.Levitta gwarantuje intelektualną zabawę, jednocześnie stanowiąc źródło przydatnej wiedzy.
Jednoręcy bandyci okiełznani?
Według CBOS tylko 3 proc. Polaków lubi hazard, 60 proc. z kolei zdecydowanie się mu sprzeciwia. Prawie jedna czwarta badanych chciałaby w ogóle zlikwidować możliwość oficjalnego uprawiania hazardu. Decyzja rządu, by ukrócić nielegalny hazard i skutecznie opodatkować legalne rozgrywki wydaje się wobec tego strzałem w dziesiątkę. Skąd się bierze jednak głośny sprzeciw?
Premier Donald Tusk kontynuując "politykę miłości" chce uchronić młodych od zbyt łatwego dostępu do hazardu. - Do tej pory pojawiło się wiele informacji, które pokazują jak ważne społecznie jest to zadanie. Ilość nieszczęść w polskich rodzinach związanych z uzależnieniem od hazardu, szczególnie młodych ludzi, a co za tym idzie kłopotami finansowymi wielu polskich rodzin - to bardzo ważny argument na rzecz szybkiego uchwalenia ustawy hazardowej- tłumaczy premier.
Restrykcyjny projekt…
Plan walki z hazardem przedstawiony przez premiera zakłada delegalizację gier na automatach poza kasynami oraz zdecydowanie wyższe podatki dla branży hazardowej. W myśl projektu za pięć lat z rynku znikną wszystkie automaty znajdujące się poza kasynami. Podatek od gier wzrośnie z 45 do 50 proc., z kolei podatek płacony przez operatorów zakładów wzajemnych wzrośnie o 15 proc. (z 10 na 25 proc.). Na automatach o niskich wygranych nie będą mogły grać osoby poniżej 18 roku życia. Właściciele, którzy będą dopuszczać do gry niepełnoletnich, stracą licencje w trybie natychmiastowym. Podatek ryczałtowy od tzw. jednorękich bandytów ma wynosić 480 euro, a nie 180 jak dotychczas.
Nie będą wydawane nowe zezwolenia na prowadzenie salonów gier oraz punktów z automatami o niskich wygranych. Ustawa przewiduje również ograniczenia w reklamowaniu gier i hazardu w miejscach publicznych i mediach. Ograniczenia nie będą dotyczyć jedynie sponsoringu firm organizujących zakłady wzajemne oraz gier liczbowych i loterii pieniężnych organizowanych przez Totalizator Sportowy.
Jeżeli chodzi o hazard w Internecie, przedstawiciele rządu zapowiadają, że będą monitorować połączenia internetowe między polskimi providerami, oferującymi gry przez Internet, a zagranicznymi właścicielami serwisów.
… uszczupla budżet
Przychody rynku gier hazardowych w Polsce rosną w zatrważającym tempie. W ubiegłym roku miłośnicy hazardu zostawili w kasynach, salonach gier, automatach i kolekturach Totolotka 17 mld zł- o ponad 40 proc. więcej niż w roku poprzednim. Liczba automatów o niskich wygranych zainstalowana w sklepikach i barach w ciągu ostatnich 4 lat wzrosła ponad czterokrotnie. Jednoręcy bandyci są najszybciej rozwijającym się segmentem polskiego rynku hazardowego, o obrotach szacowanych na 7-8 mld zł. Obecnie przewiduje się, że takich automatów jest na polskim rynku ponad 50 tys.
Jeżeli z rynku wartego obecnie 17 mld zł znikną salony gier, a pozostaną jedynie kasyna- budżet w ciągu najbliższych pięciu lat straci ponad 11 mld zł. Likwidacja tego procederu spowoduje tak spore straty dla budżetu, gdyż przychody tej formy hazardu miały przewagę dwudziestotrzykrotną nad łączną sumą przychodów kasyn i zakładów wzajemnych (na początku 2008 roku przychód ten wynosił blisko 5 mld zł). To właśnie do tzw. jednorękich bandytów trafia 40 proc. wszystkich pieniędzy, jakie gracze wydają na hazard. Szacuje się, że wpływy podatkowe z tej działalności mogłyby zasilić budżet w 2014 r. w wysokości prawie 2,9 mld zł. Na podstawie zapowiedzi premiera o wygasaniu pozwoleń można przypuszczać, że do tego czasu wpływy będą jednak spadać, i to o około 20 proc. rocznie. Powiększając kwotę o podatek od gier z automatów o wysokich wygranych (gdyż w myśl ustawy na rynku mają pozostać jedynie kasyna) w kasie państwa w 2014 r. zabraknie łącznie 3,5 mld zł.
... pozbawia pracy tysiące Polaków
Konrad Łabudek z Zakładowej Organizacji Związków NSZZ "Solidarność" Pracowników Zakładów Sportowych informuje, że wprowadzenie 50 proc. podatku doprowadzi do zwolnień 4,5 tys. pracowników, wśród których 90 proc. stanowią kobiety. Przed Sejmem w obronie miejsc pracy protestowało już blisko 200 pracowników oraz właścicieli punktów bukmacherskich. Uczestnicy manifestacji czują się pokrzywdzeni przez fakt, że bezsprzecznie najłagodniejszą formę legalnego hazardu, niegenerującą ponadto problemów natury społecznej, potraktowano tak restrykcyjnie jak kasyna.
- Obłożenie nas winą za automaty, z którymi nie mamy nic wspólnego, byłoby ogromnym nieporozumieniem- twierdzą. Strajkujący domagają się zmniejszenia zaproponowanych przez rząd stawek opodatkowania zakładów bukmacherskich (było 10 proc., ma być 5 razy więcej!) do maksymalnie 25 proc. - Jest to rozwiązanie szkodliwe dla krajowej legalnej działalności bukmacherskiej, gdyż wprowadza niemożliwą do pokonania barierę podatkową, a jednocześnie utrwala istnienie nielegalnych zakładów internetowych, które nie odprowadzają podatku za swoją działalność - powiedział członek Stowarzyszenie Pracodawców i Pracowników Firm Bukmacherskich Zbigniew Juroszek.
… stawia rentowność kasyn pod znakiem zapytania
Co więcej, wyższe podatki od kasyn i zakładów wzajemnych i tak nie zdołają wypełnić luki w budżecie, która powstanie na skutek likwidacji salonów gier. Analityk z Instytutu Badań nad Gospodarką Rynkową, Jacek Fundowicz, jest zdania, że wpływy podatkowe zdecydowanie spadną. – A to dlatego, że znaczny wzrost cen kuponów w zakładach wzajemnych spowoduje, że ludzie przeniosą się do Internetu- twierdzi. Analityk podkreśla także, że kasyna mogą mieć poważny problem z utrzymaniem się na rynku. Obecnie wskaźnik ich rentowności wynosi tylko około 1,6 proc. Gdyby nie zmieniać stawki podatku płaconego przez kasyna, wpływy do budżetu rosłyby w najbliższych latach średnio o 18 mln zł rocznie.
… każe graczom dopłacać
SMS’y i telefony w loteriach audiotekstowych w myśl kontrowersyjnej ustawy miałyby zostać objęte 25- proc. dopłatą, natomiast pozostałe formy hazardu (chociażby jednoręki bandyta) 10 proc. Wprowadzenie tych dopłat miałoby jednak odwrotny skutek od pożądanego. Zamiast zwiększyć dochody budżetu państwa, dopłaty zniechęciłyby graczy do hazardowej rozrywki, co skutkuje spadkiem popularności firm hazardowych, a spadek przychodów z tej działalności oznacza mniejsze podatki. Zdaniem Instytutu Badań nad Gospodarką Rynkową efekt zmian najprawdopodobniej będzie odwrotny od zamierzonego- zamiast zarobić 500 mln zł dodatkowo w ciągu roku, w przeciągu pięciu lat wpływy do budżetu mogłyby spaść w sumie o 3 mld zł.
… dzieli hazard na dobry i zły?
Liczby pokazują, że budżet na skutek ustawy znacznie by się uszczuplił. Tysiące ludzi przez zmianę przepisów i zwielokrotnione stawki opodatkowania straciłoby pracę czy dorobek życia. Z miłośników hazardu z kolei, zniechęconych dopłatami i ograniczonym dostępem do uzależniających rozrywek, przetrwaliby pełnoletni bywalcy kasyn z grubym portfelem. Taki był przecież cel wprowadzenia ustawy w życie- uchronienie młodych przed zbyt łatwym dostępem do hazardu. Nie przewidziano jednak, że medal ma zawsze dwie strony.
Wygląda na to, że szukających hazardowej rozrywki Polaków rząd chce skierować do oficjalnych kasyn i salonów gier. Tłumacząc wyplenienie prywatnego (złego) hazardu (który przynosi swym właścicielom nieporównywalnie większe dochody niż płacone państwu opłaty i podatki) interesem obywateli i ich ochroną przed uzależnieniem, aprobuje się hazard (dobry) ściśle kontrolowany i reglamentowany, który płaci państwu więcej niż sam zarabia. Oczywiste jest, że trzeba walczyć z rozprzestrzeniającą się przestępczością w segmencie automatów do gry, ale przedstawiona przez premiera ustawa nie jest chyba do końca właściwą i jedyną drogą do cywilizowania hazardu. Bo i w czym bardziej niebezpieczne jest wrzucanie monet do jednorękiego bandyty od obstawiania liczb lub kupowania losów loterii w kilkudziesięciu tysiącach kolektur państwowego Totalizatora Sportowego (przeznaczającego na wygrane mniej niż połowę zgromadzonej puli pieniędzy)?
Premier Donald Tusk kontynuując "politykę miłości" chce uchronić młodych od zbyt łatwego dostępu do hazardu. - Do tej pory pojawiło się wiele informacji, które pokazują jak ważne społecznie jest to zadanie. Ilość nieszczęść w polskich rodzinach związanych z uzależnieniem od hazardu, szczególnie młodych ludzi, a co za tym idzie kłopotami finansowymi wielu polskich rodzin - to bardzo ważny argument na rzecz szybkiego uchwalenia ustawy hazardowej- tłumaczy premier.
Restrykcyjny projekt…
Plan walki z hazardem przedstawiony przez premiera zakłada delegalizację gier na automatach poza kasynami oraz zdecydowanie wyższe podatki dla branży hazardowej. W myśl projektu za pięć lat z rynku znikną wszystkie automaty znajdujące się poza kasynami. Podatek od gier wzrośnie z 45 do 50 proc., z kolei podatek płacony przez operatorów zakładów wzajemnych wzrośnie o 15 proc. (z 10 na 25 proc.). Na automatach o niskich wygranych nie będą mogły grać osoby poniżej 18 roku życia. Właściciele, którzy będą dopuszczać do gry niepełnoletnich, stracą licencje w trybie natychmiastowym. Podatek ryczałtowy od tzw. jednorękich bandytów ma wynosić 480 euro, a nie 180 jak dotychczas.
Nie będą wydawane nowe zezwolenia na prowadzenie salonów gier oraz punktów z automatami o niskich wygranych. Ustawa przewiduje również ograniczenia w reklamowaniu gier i hazardu w miejscach publicznych i mediach. Ograniczenia nie będą dotyczyć jedynie sponsoringu firm organizujących zakłady wzajemne oraz gier liczbowych i loterii pieniężnych organizowanych przez Totalizator Sportowy.
Jeżeli chodzi o hazard w Internecie, przedstawiciele rządu zapowiadają, że będą monitorować połączenia internetowe między polskimi providerami, oferującymi gry przez Internet, a zagranicznymi właścicielami serwisów.
… uszczupla budżet
Przychody rynku gier hazardowych w Polsce rosną w zatrważającym tempie. W ubiegłym roku miłośnicy hazardu zostawili w kasynach, salonach gier, automatach i kolekturach Totolotka 17 mld zł- o ponad 40 proc. więcej niż w roku poprzednim. Liczba automatów o niskich wygranych zainstalowana w sklepikach i barach w ciągu ostatnich 4 lat wzrosła ponad czterokrotnie. Jednoręcy bandyci są najszybciej rozwijającym się segmentem polskiego rynku hazardowego, o obrotach szacowanych na 7-8 mld zł. Obecnie przewiduje się, że takich automatów jest na polskim rynku ponad 50 tys.
Jeżeli z rynku wartego obecnie 17 mld zł znikną salony gier, a pozostaną jedynie kasyna- budżet w ciągu najbliższych pięciu lat straci ponad 11 mld zł. Likwidacja tego procederu spowoduje tak spore straty dla budżetu, gdyż przychody tej formy hazardu miały przewagę dwudziestotrzykrotną nad łączną sumą przychodów kasyn i zakładów wzajemnych (na początku 2008 roku przychód ten wynosił blisko 5 mld zł). To właśnie do tzw. jednorękich bandytów trafia 40 proc. wszystkich pieniędzy, jakie gracze wydają na hazard. Szacuje się, że wpływy podatkowe z tej działalności mogłyby zasilić budżet w 2014 r. w wysokości prawie 2,9 mld zł. Na podstawie zapowiedzi premiera o wygasaniu pozwoleń można przypuszczać, że do tego czasu wpływy będą jednak spadać, i to o około 20 proc. rocznie. Powiększając kwotę o podatek od gier z automatów o wysokich wygranych (gdyż w myśl ustawy na rynku mają pozostać jedynie kasyna) w kasie państwa w 2014 r. zabraknie łącznie 3,5 mld zł.
... pozbawia pracy tysiące Polaków
Konrad Łabudek z Zakładowej Organizacji Związków NSZZ "Solidarność" Pracowników Zakładów Sportowych informuje, że wprowadzenie 50 proc. podatku doprowadzi do zwolnień 4,5 tys. pracowników, wśród których 90 proc. stanowią kobiety. Przed Sejmem w obronie miejsc pracy protestowało już blisko 200 pracowników oraz właścicieli punktów bukmacherskich. Uczestnicy manifestacji czują się pokrzywdzeni przez fakt, że bezsprzecznie najłagodniejszą formę legalnego hazardu, niegenerującą ponadto problemów natury społecznej, potraktowano tak restrykcyjnie jak kasyna.
- Obłożenie nas winą za automaty, z którymi nie mamy nic wspólnego, byłoby ogromnym nieporozumieniem- twierdzą. Strajkujący domagają się zmniejszenia zaproponowanych przez rząd stawek opodatkowania zakładów bukmacherskich (było 10 proc., ma być 5 razy więcej!) do maksymalnie 25 proc. - Jest to rozwiązanie szkodliwe dla krajowej legalnej działalności bukmacherskiej, gdyż wprowadza niemożliwą do pokonania barierę podatkową, a jednocześnie utrwala istnienie nielegalnych zakładów internetowych, które nie odprowadzają podatku za swoją działalność - powiedział członek Stowarzyszenie Pracodawców i Pracowników Firm Bukmacherskich Zbigniew Juroszek.
… stawia rentowność kasyn pod znakiem zapytania
Co więcej, wyższe podatki od kasyn i zakładów wzajemnych i tak nie zdołają wypełnić luki w budżecie, która powstanie na skutek likwidacji salonów gier. Analityk z Instytutu Badań nad Gospodarką Rynkową, Jacek Fundowicz, jest zdania, że wpływy podatkowe zdecydowanie spadną. – A to dlatego, że znaczny wzrost cen kuponów w zakładach wzajemnych spowoduje, że ludzie przeniosą się do Internetu- twierdzi. Analityk podkreśla także, że kasyna mogą mieć poważny problem z utrzymaniem się na rynku. Obecnie wskaźnik ich rentowności wynosi tylko około 1,6 proc. Gdyby nie zmieniać stawki podatku płaconego przez kasyna, wpływy do budżetu rosłyby w najbliższych latach średnio o 18 mln zł rocznie.
… każe graczom dopłacać
SMS’y i telefony w loteriach audiotekstowych w myśl kontrowersyjnej ustawy miałyby zostać objęte 25- proc. dopłatą, natomiast pozostałe formy hazardu (chociażby jednoręki bandyta) 10 proc. Wprowadzenie tych dopłat miałoby jednak odwrotny skutek od pożądanego. Zamiast zwiększyć dochody budżetu państwa, dopłaty zniechęciłyby graczy do hazardowej rozrywki, co skutkuje spadkiem popularności firm hazardowych, a spadek przychodów z tej działalności oznacza mniejsze podatki. Zdaniem Instytutu Badań nad Gospodarką Rynkową efekt zmian najprawdopodobniej będzie odwrotny od zamierzonego- zamiast zarobić 500 mln zł dodatkowo w ciągu roku, w przeciągu pięciu lat wpływy do budżetu mogłyby spaść w sumie o 3 mld zł.
… dzieli hazard na dobry i zły?
Liczby pokazują, że budżet na skutek ustawy znacznie by się uszczuplił. Tysiące ludzi przez zmianę przepisów i zwielokrotnione stawki opodatkowania straciłoby pracę czy dorobek życia. Z miłośników hazardu z kolei, zniechęconych dopłatami i ograniczonym dostępem do uzależniających rozrywek, przetrwaliby pełnoletni bywalcy kasyn z grubym portfelem. Taki był przecież cel wprowadzenia ustawy w życie- uchronienie młodych przed zbyt łatwym dostępem do hazardu. Nie przewidziano jednak, że medal ma zawsze dwie strony.
Wygląda na to, że szukających hazardowej rozrywki Polaków rząd chce skierować do oficjalnych kasyn i salonów gier. Tłumacząc wyplenienie prywatnego (złego) hazardu (który przynosi swym właścicielom nieporównywalnie większe dochody niż płacone państwu opłaty i podatki) interesem obywateli i ich ochroną przed uzależnieniem, aprobuje się hazard (dobry) ściśle kontrolowany i reglamentowany, który płaci państwu więcej niż sam zarabia. Oczywiste jest, że trzeba walczyć z rozprzestrzeniającą się przestępczością w segmencie automatów do gry, ale przedstawiona przez premiera ustawa nie jest chyba do końca właściwą i jedyną drogą do cywilizowania hazardu. Bo i w czym bardziej niebezpieczne jest wrzucanie monet do jednorękiego bandyty od obstawiania liczb lub kupowania losów loterii w kilkudziesięciu tysiącach kolektur państwowego Totalizatora Sportowego (przeznaczającego na wygrane mniej niż połowę zgromadzonej puli pieniędzy)?
Marsz z busolą do przodu
Dwie dekady dzielą nas od Polski „marzeń”- kraju, w którym pragnie się pracować, oszczędzać, inwestować i wychowywać dzieci. Michał Boni, niczym współczesny Tomasz Morus, komentując raport (utopię) "Polska 2030. Wyzwania rozwojowe" apeluje, aby podążać za marzeniami. Droga do gwiazd jest jednak wyboista i stroma, a Rząd posuwa się po niej w tempie schorowanego ślimaka.
Zespół Doradców Strategicznych Prezesa Rady Ministrów pod przewodnictwem Ministra Michała Boniego zakłada, że w 2030 roku będziemy bardziej wykształceni, nasz eksport będzie bardziej nowoczesny, koleje ekspresowe, a kapitał adaptacyjny. Regulacje nie będą więzić, ale usprawniać państwo. Z kolei model debaty publicznej pozwoli dogadać się Polakom. Kusząca wizja unosząca się nad czterystustronicowym raportem rozpala nadzieje Polaków, ale z drugiej strony płoszy trzeźwą ocenę możliwości naszej spowalniającej gospodarki.
10 KIERUNKÓW
Raport "Polska 2030. Wyzwania rozwojowe" analizuje obecny stan Polski oraz wskazuje kierunki prowadzenia polityki państwa w dziesięciu obszarach:
- wzrost i konkurencyjność,
- sytuacja demograficzna,
- wysoka aktywność zawodowa oraz adaptacyjność zasobów pracy,
- odpowiedni potencjał infrastruktury,
- bezpieczeństwo energetyczno-klimatyczne,
- gospodarka oparta na wiedzy oraz rozwój kapitału intelektualnego,
- solidarność i spójność regionalna,
- poprawa spójności społecznej,
- sprawne państwo,
- oraz wzrost kapitału społecznego.
Obszary te stanowią kluczowe wyzwania stojące przed Polską w najbliższych dwóch dziesięcioleciach. Od odpowiedzi na te wyzwania zależy rozwój kraju, tempo wzrostu gospodarczego, sytuacja Polaków oraz miejsce Polski na mapie gospodarczej i społecznej Europy – podkreśla rząd.
KOMPAS ZAMIAST MAPY
Dokument zarysowując ścieżki rozwoju Polski nawiązał do zakończonego procesu transformacji, ostrzegł przed konsekwencjami, jakie przyniesie zaniechanie reform i wskazał na dylematy, które trzeba rozstrzygnąć w najbliższym okresie. Słabą stroną raportu jest to, że zawiera on, co prawda diagnozę i wyznacza cele, ale nie pokazuje dróg dojścia do nich. Brakuje rozwiązań, tylko czasem pojawiają się rekomendacje. - Oczywiście nie są to projekty konkretnych ustaw, to praca do wykonania. W oparciu o ten dokument przygotujemy długookresową strategię rozwoju, która w przeciwieństwie do dotychczasowych polskich strategii nie będzie samą diagnozą, tylko zbiorem pakietów realizacyjnych dotyczących określonych dziedzin. Chcemy, by w tej dyskusji uczestniczyli także partnerzy społeczni, opinia publiczna. W nowoczesnej demokracji potrzebny jest konsensus- nie ukrywa Minister Michał Boni.
STRATEGIA A PRAKTYKA
Autorzy strategii postawili dość łatwą do obrony tezę, że Polska wymaga restrukturyzacji, a gospodarka powinna być zmodernizowana, gdyż w przeciwnym razie grozi nam stagnacja. Dlatego też, Zespół Doradców Strategicznych zaczyna zarysowywać zakres działań już dziś, by uchronić przyszłe pokolenia od pęczniejących problemów zaburzających normalne funkcjonowanie społeczeństwa, gospodarki i państwa. Michał Boni w wywiadzie dla Gazety Wyborczej, odwołał się do solidarności pokoleń. W ciągu najbliższych dwudziestu lat stosunek liczby emerytów do liczby osób w wieku produkcyjnym zwiększy się dwukrotnie. -Jeśli więc chcemy, aby w 2030 roku przeszło 2 miliony ludzi powyżej 80. roku życia miało odpowiednią opiekę, musimy zacząć działać już teraz i być konsekwentnym przez najbliższe 5-8 lat- zasygnalizował.
Argument Ministra przypieczętowuje drugą (słabą) stronę medalu. Łatwo jest alarmować, że np. w Polsce jest zbyt mało ludności pracującej. Jeszcze łatwiej- akcentować negatywne konsekwencje zaniechania problemów. Przecież wszyscy zdajemy sobie sprawę, że aby osiągnąć wysoki wzrost gospodarczy trzeba zwiększyć zatrudnienie. Nie sztuką staje się ukazanie rezerw- niskiego zatrudnienia niepełnosprawnych, wciąż za niski wskaźnik aktywności zawodowej kobiet czy marne wykorzystanie zasobów pracy na obszarach wiejskich. Niezwłocznie potrzebny jest opisany etap po etapie precyzyjny plan działania.
MYŚLI I SŁOWA
Tymczasem wygląda na to, że rząd gromadzi patetyczne hasła (i dzięki temu jest otwarty na dyskusję i przygotowany do walki „na słowa”), a na działania rezerwuje sobie czas po wyborach (premier Donald Tusk zapowiedział „zryw cywilizacyjny” po zakończeniu kampanii wyborczej). -W roku wyborczym możliwe jest tylko zadeklarowanie zreformowania newralgicznych obszarów w dłuższej perspektywie- twierdzi wysoki rangą urzędnik administracji rządowej. Można wnioskować, że pakiet stabilizacyjny jest elementem programu wyborczego Platformy Obywatelskiej w obydwu zbliżających się kampaniach- prezydenckiej 2010 i parlamentarnej 2011. Zanim myśli i słowa będą miały szansę zamienić się w czyny upłynie więc trochę czasu. Szkoda tylko, że nie przyszło na myśl Rządowi, że Polacy mają dość obietnic i zapowiedzi. Coraz mniej Polaków- realistów wierzy w te zapewnienia.
POJAWIA SIĘ I ZNIKA
W najnowszym sondażu CBOS rząd wyraźnie traci poparcie społeczne. Trudno się dziwić zestawiając słowa i rzeczywistość. Rząd wycofał się np. z zapowiedzianego jesienią audytu administracji połączonego z redukcją zatrudnienia (który wygenerowałby 1,5 mld oszczędności). W to miejsce ogłosił natomiast projekt zmian w zasiłkach rodzinnych (kosztujący 3 mld zł). Pomysł przetrwał 1 dzień, pomysł by zmniejszyć składkę do OFE- 3 dni. - Inicjatywy pojawiają się i znikają jak komety- mówi Maciej Bukowski, szef Instytutu Badań Strukturalnych. Do niekonsekwencji i błyskawicznego wygasania pomysłów dołącza się również odwlekanie w czasie ogłoszenia planu konsolidacji finansów publicznych. Reforma finansów publicznych jest przecież fundamentem, bez którego cel rozwojowy raportu "Polska 2030" nie ma szans na realizację.
Aby podołać priorytetowym wyzwaniom dokumentu, w tym sfinansowaniu inwestycji infrastrukturalnych i zwiększeniu zatrudnienia, kluczowa wydawała się prywatyzacja, która do końca 2010 miała przynieść blisko 36 mld zł. Niestety, sprzedaż mniejszościowych pakietów PKO BP oraz jednej kopalni i jednej firmy energetycznej jednoznacznie wskazuje na fiasko przedsięwzięcia.
MIAŁO BYĆ TAK PIĘKNIE
Rynek pracy, edukacji i systemu zabezpieczenia społecznego wymaga kolejnych zmian. -Odkładanie tych reform na przyszłość w starzejącym się społeczeństwie to samobójstwo- bez wahania komentuje Robert Wiszniowski, demograf z Państwowej Wyższej Szkoły Zawodowej we Wrocławiu.
Wydawało się, że raport "Polska 2030" oprócz kilkudziesięciu porad i recept na szczęśliwy kraj, naświetli zalecenia i rekomendacje o strategicznym znaczeniu tak skutecznie, że rząd zacznie słowa zamieniać w czyny. Oczywiście pół roku to za krótko, aby zdecydowanie ocenić realizację zapowiedzianej na dwie dekady strategii. Jednak faktem jest, że dokument charakteryzuje się doraźnością (gdzie podziała się długofalowość- esencja strategii?), ogólnikowymi zapisami oraz drugorzędnymi kwestami (takimi jak zasiłki pogrzebowe). Raport przybliża wizję wymarzonego kraju, a jego twórcy opowiadają o pięknej strategii. Szkoda tylko, że rząd zamiast patrzeć na rezultaty i zakasać rękawy, też się rozmarzył i zapomniał o polskim świecie.
Zespół Doradców Strategicznych Prezesa Rady Ministrów pod przewodnictwem Ministra Michała Boniego zakłada, że w 2030 roku będziemy bardziej wykształceni, nasz eksport będzie bardziej nowoczesny, koleje ekspresowe, a kapitał adaptacyjny. Regulacje nie będą więzić, ale usprawniać państwo. Z kolei model debaty publicznej pozwoli dogadać się Polakom. Kusząca wizja unosząca się nad czterystustronicowym raportem rozpala nadzieje Polaków, ale z drugiej strony płoszy trzeźwą ocenę możliwości naszej spowalniającej gospodarki.
10 KIERUNKÓW
Raport "Polska 2030. Wyzwania rozwojowe" analizuje obecny stan Polski oraz wskazuje kierunki prowadzenia polityki państwa w dziesięciu obszarach:
- wzrost i konkurencyjność,
- sytuacja demograficzna,
- wysoka aktywność zawodowa oraz adaptacyjność zasobów pracy,
- odpowiedni potencjał infrastruktury,
- bezpieczeństwo energetyczno-klimatyczne,
- gospodarka oparta na wiedzy oraz rozwój kapitału intelektualnego,
- solidarność i spójność regionalna,
- poprawa spójności społecznej,
- sprawne państwo,
- oraz wzrost kapitału społecznego.
Obszary te stanowią kluczowe wyzwania stojące przed Polską w najbliższych dwóch dziesięcioleciach. Od odpowiedzi na te wyzwania zależy rozwój kraju, tempo wzrostu gospodarczego, sytuacja Polaków oraz miejsce Polski na mapie gospodarczej i społecznej Europy – podkreśla rząd.
KOMPAS ZAMIAST MAPY
Dokument zarysowując ścieżki rozwoju Polski nawiązał do zakończonego procesu transformacji, ostrzegł przed konsekwencjami, jakie przyniesie zaniechanie reform i wskazał na dylematy, które trzeba rozstrzygnąć w najbliższym okresie. Słabą stroną raportu jest to, że zawiera on, co prawda diagnozę i wyznacza cele, ale nie pokazuje dróg dojścia do nich. Brakuje rozwiązań, tylko czasem pojawiają się rekomendacje. - Oczywiście nie są to projekty konkretnych ustaw, to praca do wykonania. W oparciu o ten dokument przygotujemy długookresową strategię rozwoju, która w przeciwieństwie do dotychczasowych polskich strategii nie będzie samą diagnozą, tylko zbiorem pakietów realizacyjnych dotyczących określonych dziedzin. Chcemy, by w tej dyskusji uczestniczyli także partnerzy społeczni, opinia publiczna. W nowoczesnej demokracji potrzebny jest konsensus- nie ukrywa Minister Michał Boni.
STRATEGIA A PRAKTYKA
Autorzy strategii postawili dość łatwą do obrony tezę, że Polska wymaga restrukturyzacji, a gospodarka powinna być zmodernizowana, gdyż w przeciwnym razie grozi nam stagnacja. Dlatego też, Zespół Doradców Strategicznych zaczyna zarysowywać zakres działań już dziś, by uchronić przyszłe pokolenia od pęczniejących problemów zaburzających normalne funkcjonowanie społeczeństwa, gospodarki i państwa. Michał Boni w wywiadzie dla Gazety Wyborczej, odwołał się do solidarności pokoleń. W ciągu najbliższych dwudziestu lat stosunek liczby emerytów do liczby osób w wieku produkcyjnym zwiększy się dwukrotnie. -Jeśli więc chcemy, aby w 2030 roku przeszło 2 miliony ludzi powyżej 80. roku życia miało odpowiednią opiekę, musimy zacząć działać już teraz i być konsekwentnym przez najbliższe 5-8 lat- zasygnalizował.
Argument Ministra przypieczętowuje drugą (słabą) stronę medalu. Łatwo jest alarmować, że np. w Polsce jest zbyt mało ludności pracującej. Jeszcze łatwiej- akcentować negatywne konsekwencje zaniechania problemów. Przecież wszyscy zdajemy sobie sprawę, że aby osiągnąć wysoki wzrost gospodarczy trzeba zwiększyć zatrudnienie. Nie sztuką staje się ukazanie rezerw- niskiego zatrudnienia niepełnosprawnych, wciąż za niski wskaźnik aktywności zawodowej kobiet czy marne wykorzystanie zasobów pracy na obszarach wiejskich. Niezwłocznie potrzebny jest opisany etap po etapie precyzyjny plan działania.
MYŚLI I SŁOWA
Tymczasem wygląda na to, że rząd gromadzi patetyczne hasła (i dzięki temu jest otwarty na dyskusję i przygotowany do walki „na słowa”), a na działania rezerwuje sobie czas po wyborach (premier Donald Tusk zapowiedział „zryw cywilizacyjny” po zakończeniu kampanii wyborczej). -W roku wyborczym możliwe jest tylko zadeklarowanie zreformowania newralgicznych obszarów w dłuższej perspektywie- twierdzi wysoki rangą urzędnik administracji rządowej. Można wnioskować, że pakiet stabilizacyjny jest elementem programu wyborczego Platformy Obywatelskiej w obydwu zbliżających się kampaniach- prezydenckiej 2010 i parlamentarnej 2011. Zanim myśli i słowa będą miały szansę zamienić się w czyny upłynie więc trochę czasu. Szkoda tylko, że nie przyszło na myśl Rządowi, że Polacy mają dość obietnic i zapowiedzi. Coraz mniej Polaków- realistów wierzy w te zapewnienia.
POJAWIA SIĘ I ZNIKA
W najnowszym sondażu CBOS rząd wyraźnie traci poparcie społeczne. Trudno się dziwić zestawiając słowa i rzeczywistość. Rząd wycofał się np. z zapowiedzianego jesienią audytu administracji połączonego z redukcją zatrudnienia (który wygenerowałby 1,5 mld oszczędności). W to miejsce ogłosił natomiast projekt zmian w zasiłkach rodzinnych (kosztujący 3 mld zł). Pomysł przetrwał 1 dzień, pomysł by zmniejszyć składkę do OFE- 3 dni. - Inicjatywy pojawiają się i znikają jak komety- mówi Maciej Bukowski, szef Instytutu Badań Strukturalnych. Do niekonsekwencji i błyskawicznego wygasania pomysłów dołącza się również odwlekanie w czasie ogłoszenia planu konsolidacji finansów publicznych. Reforma finansów publicznych jest przecież fundamentem, bez którego cel rozwojowy raportu "Polska 2030" nie ma szans na realizację.
Aby podołać priorytetowym wyzwaniom dokumentu, w tym sfinansowaniu inwestycji infrastrukturalnych i zwiększeniu zatrudnienia, kluczowa wydawała się prywatyzacja, która do końca 2010 miała przynieść blisko 36 mld zł. Niestety, sprzedaż mniejszościowych pakietów PKO BP oraz jednej kopalni i jednej firmy energetycznej jednoznacznie wskazuje na fiasko przedsięwzięcia.
MIAŁO BYĆ TAK PIĘKNIE
Rynek pracy, edukacji i systemu zabezpieczenia społecznego wymaga kolejnych zmian. -Odkładanie tych reform na przyszłość w starzejącym się społeczeństwie to samobójstwo- bez wahania komentuje Robert Wiszniowski, demograf z Państwowej Wyższej Szkoły Zawodowej we Wrocławiu.
Wydawało się, że raport "Polska 2030" oprócz kilkudziesięciu porad i recept na szczęśliwy kraj, naświetli zalecenia i rekomendacje o strategicznym znaczeniu tak skutecznie, że rząd zacznie słowa zamieniać w czyny. Oczywiście pół roku to za krótko, aby zdecydowanie ocenić realizację zapowiedzianej na dwie dekady strategii. Jednak faktem jest, że dokument charakteryzuje się doraźnością (gdzie podziała się długofalowość- esencja strategii?), ogólnikowymi zapisami oraz drugorzędnymi kwestami (takimi jak zasiłki pogrzebowe). Raport przybliża wizję wymarzonego kraju, a jego twórcy opowiadają o pięknej strategii. Szkoda tylko, że rząd zamiast patrzeć na rezultaty i zakasać rękawy, też się rozmarzył i zapomniał o polskim świecie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)